Rozwadowski Rynek

Szeroko rozumiane tematy związane z Rozwadowem.

Rozwadowski Rynek

Postprzez anna-maria » Wt sie 05, 2008 9:20 pm

Mieszkam w Rozwadowie już bardzo długo.Ucieszył mnie fakt ,ze został tak ladnie zagospodarowany plac zabaw w Rynku Rozwadowa,ze dzieci beda mogły sie bezpiecznie bawic.Przychodza tam rodzice ze swoimi pociechami,ale no wlasnie wcale nie jest tam bezpiecznie .Lawki notorycznie oblegane są już od najwczesniejszych godzin rannych przez miejscowych pijaczkow ,ktorzy piją piwo i wodke i spia na tych ławkach oraz załatwiają swoje potrzeby fizjologiczne pod drzewami na co patrzą dzieci. Pełno jest tam potłuczonych butelek i smieci.Takie rzeczy powinny by surowo karane.Z tym naprawde trzeba coś zrobic,nie może tak dłuzej byc.Ostatnio naliczyłam 14 osob spozywających alkohol siedzących grupkami ,niektorzy bardzo pijani.Gdzie są stróze prawa.Pozdrawiam
anna-maria
 
Posty: 28
Dołączył(a): Cz paź 05, 2006 9:10 pm

Re: Rozwadowski Rynek

Postprzez Mozets » Cz cze 18, 2009 4:42 pm

anna-maria napisał(a):Gdzie są stróze prawa.Pozdrawiam

"Stróże prawa mają co innego do roboty. Sławny profesor Wolniewicz (filozof) został kiedyś okradziony. Złodziei złapano. Sprawa toczy się do dziś. I pofesor ma już zasądzone ponad 6000zł grzywny. Nie stawia się na rozprawy bo młoda asesor prawa prowadząca rozprawę właśnie jego traktowała na sali rozpraw jak przestępcę. Profesor oświadczył, że wobec takiego traktowania nie będzie się stawiał na rozprawy - a postępowanie ma sie toczyć ( zgodnie z KPK) na podstawie jego wcześniejszych zeznań. Młoda asesor ( oderwana granatem od pługa w I pokoleniu) postanowiła "nie popuścić" jednemu z najsławniejszych filozofów i nasyła na niego policjantów z karetką więzienną i kajdankami - mimo ,że obecność Profesora jest zgodnie z prawem niepotrzebna.
Taką mamy dzisiaj jentelygencję. I "stróżów prawa", ( bezprawia?...)
Az żal, że ta stara - już bezpowrotnie wymiera.
Mozets
Mozets
 
Posty: 31
Dołączył(a): Pn lip 30, 2007 8:02 pm

Re: Rozwadowski Rynek

Postprzez Mozets » Cz sie 06, 2015 10:20 pm

Chętnym Rozwadowiakom mogę przesłać bezpłatnie zbiór opowiadań pt. "Stefek z Rozwadowa" . Można je kopiować gratis pod warunkiem nie zmieniania tekstu i autora. To jest moim prawem autorskim. ( Plagiat to podawanie się za autora nie swojego tekstu. Natomiast plagiatem nie jest już ściąganie ordynarne z wielu autorów - to są już "badania naukowe"... ;-)))
Piszę pod pseudonimem Marek Mozets. Robię to bo nigdy nie zostanie to wydane - a starzy Rozwadowiacy będą tutaj mieli okazję poczuć klimat starego Rowadowa. Inaczej umrze to razem ze mną . A nawet tak mierny autor jak ja - nie pisze przecież dla siebie, tylko dla ludzi.
Poniżej tekst awersu obwoluty czyli z czym to się "je"...
__________________________________
„Stefek z Rozwadowa”
to zbiór opowiadań o autentycznym Stefku. Stefek był już dorosły jak wybuchła IIWW.
Opowiadania o „Stefku z Rozwadowa” opisują autentyczną postać dawnego mieszkańca miasteczka. Pochodził ze starej rodziny rozwadowskiej , która przybyła tu z Dębicy i Tarnowa przy końcu XIX a na pocz. XX wieku. Oczywiście nie była to tak stara rodzina rozwadowska jak Stanisławscy – czyli rodzina żony Stefka. Opowiadania są dość wiernym zapisem niektórych losów Stefka z czasów przedwojennych, wojny i lat powojennych. Mówią także co nieco o losach jego dzieci i krewnych . A te były przecież nierozerwalnie z nim związane. Oczywiście to tyko bardzo szczątkowe opisy niektórych losów Stefka. To co utkwiło w pamięci jego słuchaczy – zostało tu przeniesione w formie beletrystycznej. Nie jest to dokument sensu stricte. Może za wyjątkiem okresu jak Stefek znalazł się w wojsku, na wojnie i w stalagu jenieckim. Nazwiska w większości zostały zmienione - bo autor włóczony byłby po sądach z rozmaitymi procesami wytoczonymi przez osoby – których przodkowie jakoś tam „źle byli opisani” ( w ich subiektywnym pojęciu) . Czyli modne odbrązowianie postaci jak w „unsere tatełe, unsere mamełe . Opowiadania nie są szczególnym gejzerem umiejętności pisarskich autora. Ale mają niezaprzeczalną cechę: ukazują miniony klimat miasteczka w opisywanych latach – który powoli odchodzi w mrok przeszłości. W opowiadaniach niemal czuć zapach ogrodów, kurz ulicy, zapach sali sądowej czy magazynu z tkaninami Nisselbauma. Zabytkowe miasteczko znika murszejąc, zabytki wrastają coraz niżej w czarną ziemię rozwadowską, umierają stojąc... Elewacje domów - jak stare damy pudrem - pokrywają się nowym tynkiem i tracą niepowtarzalny wygląd z lat minionych. Króluje nowy tynk akrylowy i okna plastikowe. Gdyby tak dawni mieszkańcy zmartwychwstali – odeszli by zdziwieni z tego miasta do lasu, lub z powrotem na cmentarz. Nie trafiliby do swoich domów – bo nie poznaliby ich w ogóle. Na zdjęciu z obwoluty dom rodzinny Stefka. (awers). Rewers to 2 fotografie . Po lewej Stefek z lat 30 ub. wieku i autor w podobnym wieku do Stefka tylko 30 lat później.
M.Mozets kpt. (jnwsws).

© Marek Mozets
Mozets
Mozets
 
Posty: 31
Dołączył(a): Pn lip 30, 2007 8:02 pm

Re: Rozwadowski Rynek

Postprzez Mozets » So sie 08, 2015 8:46 am

Awers obwoluty "Stefek z Rozwadowa".
Załączniki
AWERS STEFKA.jpg
AWERS STEFKA.jpg (140.59 KiB) Przeglądane 33492 razy
Mozets
Mozets
 
Posty: 31
Dołączył(a): Pn lip 30, 2007 8:02 pm

Re: Rozwadowski Rynek

Postprzez Mozets » So sie 08, 2015 8:48 am

Stefek z lat 30 ( księże kolano) .
Załączniki
stefek do obwoluty.jpg
stefek do obwoluty.jpg (8.85 KiB) Przeglądane 33492 razy
Mozets
Mozets
 
Posty: 31
Dołączył(a): Pn lip 30, 2007 8:02 pm

Re: Rozwadowski Rynek

Postprzez Mozets » So sie 08, 2015 8:49 am

Autor w wieku Stefka 30 lat później
Załączniki
autor stefka rozwadowa.jpg
autor stefka rozwadowa.jpg (41.27 KiB) Przeglądane 33492 razy
Mozets
Mozets
 
Posty: 31
Dołączył(a): Pn lip 30, 2007 8:02 pm

Re: Rozwadowski Rynek

Postprzez Mozets » So sie 08, 2020 12:00 pm


Augustyn teść Stefka

Augustyn służył w armii cesarza Franciszka Józefa bo jego galicyjskie miasteczko było właśnie pod dość łagodnymi, okupacyjnymi rządami Austrii, w porównaniu z zaborem rosyjskim ( tuż za rzeką) i niemieckim.
W tym mundurze zastał go 1914 rok.
W tej samej kompanii cesarskiej służył także brat Augustyna.
Po zajęciach i ćwiczeniach mieli wiec oboje czas powspominać dom rodzinny i swoich bliskich.
Aż tu nagle zachciało się księciu Ferdynandowi odwiedzić Sarajewo. Książę zginął w zamachu i stało się to świetnym pretekstem do wybuchu wojny pomiędzy zaborcami, którzy jak każdy zaborca mieli różne poglądy na kształt swoich zdobytych ziem. Wojny długiej i wyniszczającej, w której wzięła udział cała Europa.
Dlatego nazwano ją wojną światową.
Europa stanowiła wówczas świat cywilizowany, świat wartości i tradycji.
Matkę demokracji i cywilizacji.
Jak w każdej wojnie nauka i wynalazczość, w dziedzinie masowego uśmiercania przeciwnika czynią ogromne postępy. Potrzeba jest matką wynalazku. Stąd i w tej wojnie używanie nowych broni - jak gaz bojowy, lotnictwo, coraz nowocześniejsze karabiny z nabojem scalonym. Karabiny maszynowe siały ogromne zniszczenie.
Tradycyjne bitwy armii w szczerym polu, ( takie średniowieczne „ustawki”) gdzie pokonany wróg z honorem uznawał porażkę i ogłaszał kapitulację - odeszły w zapomnienie.
Wojna zaczęła dotykać boleśnie również cywilów, mieszkańców miast i miasteczek, którzy często tracili domy, dobytek i życie. Bo pocisk artyleryjski nie wybierał czy to żołnierz, czy cywil.
W czasie tej wojny światowej Rosjanie zza Sanu ostrzeliwali z artylerii miasteczko.
Ogień nie był precyzyjny i Rosjanie spostrzegli, iż ogień strony przeciwnej jest korygowany z wysokiej wieży kościelnej parafialnej fary.
Gdzie siedział obserwator armii CK Austro -Węgier. Kilka celnych pocisków zerwało z fary dach i uszkodziło wieżę z dzwonami, z której w pośpiechu ewakuował się obserwator.
Duża część katolików z miasteczka schroniła się w klasztorze Kapucynów – głównie kobiety z dziećmi, mając nadzieję na ocalenie życia. Ludzie modlili się i śpiewali religijne pieśni.
Żydzi chowali się po piwnicach i w synagodze.
Ani klasztoru ani synagogi nie ominęły jednak pociski z dział. Przez okno klasztoru wpadł szrapnel rosyjski. Zranił niegroźnie kilka osób. Zabił tylko jedną osobę.
Była to Janina Stanisławska, ciotka Janiny Stanisławskiej ( to samo imię i nazwisko) późniejszej żony Stefka.
Z synagogi zostały tylko mury.
Do dzisiaj na pamiątkę ostrzału klasztoru w murze jego ogrodzenia pozostały wmurowane rosyjskie pociski artyleryjskie, które szczęśliwie ( dla wiernych ) nie wybuchły.
Wojna poczyniła też duże zmiany w świadomości ludzi. Używano na niej, podobnie jak w wojnie secesyjnej USA ludzi o innym kolorze skóry.
Dawano im broń do ręki i mogli już zabijać białych ludzi. Dostawali za to medale i stopnie wojskowe. To wywróciło całkowicie pojmowanie przez nich „białych” jako „panów” tego świata.
Wracali do swych wiosek jako wolni ludzie i pogromcy białego człowieka.
Co dawniej było nie do pomyślenia i było surowo zabronione pod jedyną karą - karą śmierci.
Przeorało to też znacząco mentalność europejską traktowaną dalej w USA jako „stary kraj”.
Kraj przodków i ostoję cywilizacji.
Od tej pory nic już nie mogło zatrzymać staczania się Europy do pośledniej roli wobec wzrostu znaczenia nowego potężnego państwa, kontynentu, za Atlantykiem.
Augustyn ze swym bratem brali udział ramię w ramię w potyczkach z rosyjskim wojskiem.
Trzymali się razem i udawało im się szczęśliwie uniknąć śmierci i poważniejszych zranień. W jednej z bitew dostali się do rosyjskiej niewoli. Długi czas siedzieli za drutami, a Rosjanie sukcesywnie wywozili ich na Syberię.
Augustyn i tym razem nie został rozdzielony z bratem. Po wielu tygodniach podróży pociągiem znaleźli się na dalekiej północy w pagórkowatym terenie i w niespotykanym mrozie.
Władzę rosyjską nad tym terenem sprawował jeden rosyjski oficer z podoficerem. W wiosce mieszkali dziwni ludzie o indiańskich rysach twarzy, ubrani w skóry. Mówili niezrozumiałym narzeczem ale znali także sporo słów rosyjskich. Wydawało się, że są oni traktowani tak samo jak polscy jeńcy.
Ludzie ci życzliwie ubrali Augustyna i jego brata w ciepłą odzież z futer dzikich zwierząt i takie też obuwie. Inaczej jeńcy nie przeżyliby na niesamowitym mrozie.
Za to jeńcy pracowali wspólnie z nimi we wiosce. Robili wszystko co tubylcy.
Zbierali opał, nosili wodę z rzeki. Uczono ich wyprawiania skór i wykonywania z nich butów, uprzęży dla koni.
Augustyn szybko nauczył się tego rzemiosła.
Jego brat nie wytrzymał tego klimatu i po roku zmarł na suchoty.
Pochowano go na skraju wioski – przy ścianie tajgi.
I przysypano solidnie kamieniami by dzikie zwierzęta nie rozwłóczyły jego kości po lesie.
Augustyn został sam.
Był jedynym jeńcem w tej wiosce. Wioska położona była na dużym wzniesieniu, poniżej były inne wioski na pomniejszych górkach. Nie były duże – największe liczyły 40-50 mieszkańców.
A leżały na wzniesieniach bo jak w czasie krótkiej wiosny i lata , trwających tylko 3 miesiące rzeka tajała – przez pewien czas ludzie na wzgórzach odcięci byli od siebie przez rozszalały żywioł.
Nawet podróż łodzią była wielkim wyzwaniem, bo wezbrane wody niosły olbrzymie bloki lodu i kry miażdżące wszystko na drodze. W zimie mieszkańcy mieli pomysłowy sposób na podróż do niżej położonych wiosek.
Służyły do tego olbrzymie sanie, na które mogło wsiąść nawet i 10 osób. Saniami kierował przy pomocy specjalnych drążków na przedzie sań doświadczony tubylec.
Wystarczyło wyjąć spod płóz sań belkę drewnianą i rozpoczynała się szaleńcza jazda w dół. Z powrotem sanie wciągał inną, mniej stromą ale dłuższą drogą mały, silny, włochaty konik.
Na saniach wjeżdżały na górę towary zakupione ( wymienione) w innej wsi. Ludzie co zjechali w dół wracali do swoich wiosek i domów na piechotę.

Wojna zakończyła się i nowe bolszewickie władze pozwoliły jeńcom wrócić do swoich krajów.
Rosyjscy historycy milczą w sprawie Polaków, którzy służyli podczas I wojny światowej w armii niemieckiej bądź austriackiej i dostali się do carskiej niewoli. Wielu z nich znalazło się w obozach na Syberii.
Gdy te obozy zlikwidowano po rewolucji bolszewickiej, tych ludzi wyrzucono dosłownie na ulicę, by radzili sobie sami. Nikt im nie pomagał. Niekiedy marli z głodu, bo jako że nie byli Rosjanami, to nie przysługiwała im dystrybuowana w oparciu o system kartkowy pomoc żywnościowa. Wielu z nich nigdy już nie wróciło do Polski. To są fakty, z którymi można zestawiać los radzieckich jeńców w polskich obozach.
Natomiast na pewno nie można tego robić zestawiając ze sobą wydarzenia odległe od siebie o 20 lat, takie jak właśnie Katyń.
Augustyn długo wracał pociągiem z Sybiru do swego miasteczka. Ubrany był w kożuch i buty od tamtejszej ludności. Czapkę i rękawice. Dostał na drogę worek suszonego mięsa i ryb. Wody nie brakowało – wystarczyło nabrać w garnek śniegu i zagotować na ognisku.
Po przyjeździe musiał zanieść rodzicom wiadomość, że jest sam i brat nie przyjedzie.
Augustyn zaczął zarabiać na życie szewstwem i rymarką, których nauczyli go mieszkańcy Syberii. Robił piękne, błyszczące oficerki z eleganckiej czarnej skóry dla oficerów wojska. Naprawiał buty biedakom, robił uprząż dla koni.
Był młody więc po pracy w sobotę odwiedzał dość odległy Ulanów, w byłym rosyjskim zaborze. Poznał tam swoją przyszłą żonę Stanisławę. Stasia była biedna jak i on.
Choć miała bogatego brata – najbogatszego w miasteczku.
Brat ten ożenił się z bogatą wdową, która po przyjeździe z Ameryki kupiła dużo ziemi w okolicy.
Mieli piękny duży dom niedaleko mostu na wzgórzu, z widokiem na przepływający San i na olbrzymie błonia nad rzeką w dolinie. Gdzie po żniwach wszyscy młócili zboże na wspólnej wioskowej młockarni.
Wprawiał ją w ruch mały silnik spalinowy. Bardzo głośny. Jego donośne klekotanie (tak, tak, tak) rozbrzmiewało aż na rynku miasteczka. Czarny, długi, zwisający gumowy pas łączący silnik z młockarnią wywijał się jak wąż i obracał duże żelazne koło młockarni.
Młockarnia spowita była obłokiem kurzu z wysypujących się plew i spod pracujących wałów. Śmiech dziewcząt i pomagających im chłopów roznosił się w upalnym powietrzu na pastwisku.
Najsilniejsi ładowali bardzo ciężkie worki z ziarnem na wozy z drewnianymi kołami.
Konie nudziły się i podskubywały trawę z trudnością, bo wozacy nie wyjęli im z pysków wędzideł, munsztuków. Józef należał do najbogatszych gospodarzy w miasteczku.
Augustyn wybudował mały, drewniany domek przy ulicy Szewskiej, przy której mieszkało już dwóch innych szewców. Więc jeden drugiemu podbierał robotę i zyski. Stasia zajmowała się jak wszystkie kobiety w tych czasach - domem i dziećmi, ogrodem i kuchnią.
Ale także dość często jechała z Augustynem na „handel” do dalszych wiosek.
By uzupełnić skromny budżet rodziny. Handlowano po wsiach wszystkim czego nie było na wsi, bo sklepów na wsi nie było. Wtedy mniejszym rodzeństwem opiekowała się późniejsza żona Stefka – Janina.
Guścio - bo tak mówiła na niego żona, klepał buty ( i biedę) w lecie w drewnianej drewutni - szopie przy domu, pełniącej także funkcje składu drewna i węgla.
W zimie zaś w małej kuchni w mieszkaniu.
Z tyłu jego warsztaciku i zydelka szewskiego z 3 nogami krzątała się Stasia, jego żona, gotując smaczne obiady i piekąc wspaniałe chleby i ciasta. Była bardzo dobrą gospodynią i kucharką.
Miała jedną maleńką przywarę – lubiła do wszystkiego się wtrącać i marudzić.
Guścio namiętnie palił papierosy „Sport” ( najtańsze jakie były) a pozostałe po nich niedopałki ( nazywane przez Stasię „ciukami”) dla oszczędności składował do drewnianego pudełeczka – tabakierki.
Gdy zabrakło mu papierosów robił skręty z niedopałków w papierze z gazety. Swąd tych skrętów był okropny, więc Stasia przeganiała go z kuchni do sieni lub na pole.
Guścio był spokojnym człowiekiem o złotym sercu.
Był to wysoki, szczupły mężczyzna. Małomówny, pracowity i życzliwy.
Ale gdy go ktoś wyprowadził z równowagi – mógł się srogo zawieść na jego dobrotliwym obliczu. Guścio z jednego z wypadów handlowych, gdy udało mu się zarobić sporą sumę, przywiózł swojej Stasi prezent – futro.
Ale Stasia zaczęła narzekać, że to za duży wydatek. Narzekała tak do obiadu i po obiedzie. Guścio próbował jej wytłumaczyć, że zarobił tyle, że wystarczy na potrzeby i na to futro.
Które przecież kupił, by jej było ciepło w zimie.
Ale Stasia zaczęła jeszcze energiczniej „jojczeć”, jak to określała jej najstarsza córka Janinka.
Guścio nie wytrzymał.
Złapał futro, poszedł na podwórko i porąbał je siekierką na pniaku do rąbania drewna.
Stasia jak to zobaczyła – o mało nie dostała zawału.
Ale Guścio odwrotnie -wreszcie rozładował swój gniew z powodu wielogodzinnego narzekania.
Powiedział Stasi, że kupi jej drugie – jeszcze ładniejsze, ale jak obieca, że nie będzie „jojczeć”.
Nieco z charakteru dziadka ( Guścia) przejął średni syn Stefka – który został oficerem.
Jeśli ktoś zbyt długo mu dokuczał – potrafił zareagować bardzo gwałtownie. Co czasem przynosiło mu korzyści ale często kłopoty. Jedyne co wynosił z tego – to szacunek dla samego siebie.
Że przerywał ogłupiające i męczące zachowania bliźnich .
Prawie w każdym jednak przypadku wzbudzało to wśród dokuczających autentyczne przerażenie, strach.
A wypadku żołnierzy i podwładnych – natychmiastowe posłuszeństwo i karność.
W sumie pozytywne.
Kosztowało to jednak tego oficera sporo nerwów i zdrowia.
Guścia na drugą wojnę jednak nie wzięli, miał już trochę za dużo lat na I rzut mobilizacyjny.
A rzutu rezerwowego nie było, bo Niemcy i Rosja wspólnie do tego nie dopuściły. Jednak jego przyszły zięć – Stefek, nie tylko że powąchał prochu na wojnie ale także trafił do niewoli niemieckiej.
Gustaw cała wojnę klepał podeszwy, czasem również niemieckie a czasem sowieckie – gdy tak wypadło.
Za te nie-polskie rzadko kiedy dostawał zapłatę.
Gdyby odmówił – mógłby pożegnać się z życiem lub w najlepszym wypadku z zębami.
W miasteczku były jeszcze resztki ruin synagogi.
Po I WW żydzi wyremontowali bożnicę.
Ale w latach II wojny okupacyjne niemieckie władze miasta ( burmistrz okupacyjny - Krzechlik) prowadziły rozbiórkę bożnicy. Cegieł używano do jakichś remontów obiektów, ważnych dla burmistrza i jego mocodawców.
Niemieckie władze zaprowadziły jednak duży porządek na rynku miasteczka i wokół ratusza. Ordnung. Wokół ratusza zasadzono w idealnie równych rzędach i grządkach buraki cukrowe.
Potrzebne na cukier dla Wehrmachtu.
Z daleka wyglądały jak rabatki.
Jeszcze na początku okupacji było w Rozwadowie część przedwojennej ludności żydowskiej.
Których przed wojną było bardzo dużo w miasteczku. Gabriel Rozwadowski założyciel miasta przed wiekami zasiedlił miasteczko wyłącznie żydami. Przed wojną stanowili oni znaczną większość. W 1914 roku na 3600 osób, było 2600 żydów. Stalowa Wola w latach 30-tych była dla nich zamknięta.
Likwidowane były wszelkie próby handlu na terenie miasta.
Do dziś dniem handlowym jest tam sobota. Zostało to ustanowione przed wojną, aby wykluczyć żydów z targu, gdyż ci mieli święto ( szabat) i nie wolno im było w sobotę handlować ze względów religijnych.
Tuż przed wejściem Niemców bogatsi żydzi wyjechali do ZSRR. Najbogatsi dużo wcześniej wyjechali do Ameryki. Także i komunizujący młodzi żydzi szukali raju w sowieckim sojuzie.
Pozostali siedzieli cicho w czterech ścianach.
Zostali tylko biedniejsi kupcy i biedacy.
Po wejściu Niemcy wypędzali żydów za San, do strefy zajętej przez Sowietów.
Większość, udało się wypędzić jeszcze 1939 roku, jednak pozostało ich niecałe 400.
Niemcy chcieli założyć getto żydowskie na ulicy Kościuszki jednak tego nie zrealizowali. W 1940 roku wydano rozporządzenie nakazujące żydom opuszczenie miasta do 20 grudnia.
Mówiono, że „gdy dobrowolnie odejdą za San mogą zabierać ze sobą mienie, inaczej będą wyrzuceni bez niczego”.
Latem 1940 r. Niemcy wydali polecenie, aby wszyscy żydzi zgłosili się na środku Rynku.
Co przezorniejsi z nich, przeczuwając niebezpieczeństwo, ratowali się w przeddzień ucieczką
Pozostali ciągnęli na Rynek.
Wszędzie zresztą scenariusz był prawie identyczny.
Niemcy to pragmatyczny naród i nie męczyli sobie głowy wymyślnymi męczarniami jak Ukraińcy na Wołyniu , czy NKWD i UB.
Kto leżał w łóżku i nie mógł chodzić - był zabijany z broni krótkiej przez podoficera SS w pościeli.
Z uliczki biegnącej od strony sądu ( koło lodziarni Dominika) blisko Skrucha - szła na miejsce "zbiórki" stara kaleka żydówka.
Właściwie "czołgała" się na malutkim stołeczku na którym leżała kromka chleba na drogę.
Gdy przechodziła jezdnię, ujrzał ją Niemiec.
Był w mundurze oficerskim.
W błyszczących butach z cholewami.
Na rękach skórkowe rękawiczki, w ręku trzymał bambusową laskę.
Bił nią po plecach bezbronną i niedołężną kobietę.
Kiedy ta pod jego razami osunęła się na ziemię, leżącą dobił z pistoletu.
Głowa staruszki dosłownie rozprysnęła się jak arbuz.
Chleb był już niepotrzebny.
Wychodzili ze swych mieszkań całymi rodzinami.
Mężczyźni z tobołkami, młode kobiety z dziećmi, wychodzili starcy.
Słychać było niemieckie wrzaskliwe komendy i poganiania.
Bili ludzi i kopali, zabijali tych, którzy upadli na ziemię.
Gdyby nie pojedyncze strzały i poganiania, panowałaby cisza.
Nie było słychać płaczu, narzekań, lub histerycznej reakcji matek, którym zabijano dzieci. Nie było żadnego odruchu samoobrony.
Szli posłusznie.
A kiedy wszyscy żydzi byli na Rynku, ustawiono ich w szeregi i poddano selekcji.
Zdrowych i młodych poprowadzono w nieznane.
Reszta starych i niedołężnych Żydów została na Rynku posadzona z tobołkami i walizami.
Wiedzieli co z nimi będzie.
Dlatego kołysali się siedząc i odmawiali ostatnie modlitwy prawie uderzając czołami o ziemię i tobołki.
Słychać było ten przejmujący jęk - modlitwę w którym najbardziej wyraźne były słowa - "Adonai".
Pomiędzy tymi szeregami - chodził podofoficer SS z żołnierzem, który ładował mu magazynki do Parabellum.
Strzelał w tył głowy i nieszczęśnicy padali na swoje tobołki.
Reszta nie przerywała modlitw i (niby) spokojnie czekała na swoją kolej.
Co jakiś czas podoficer męczył się tą "robotą" i szedł na piwo do knajpy, która znajdowała się na rogu Rynku - naprzeciw "zajezdni- powozowni".
Nikt nie pilnował pozostałych przy życiu i nikt z nich nie próbował uciekać.
Zresztą byli niezbyt sprawni.
Mało kto z gojów oglądał to, złapanie kogoś na oglądaniu, czy robieniu zdjęć z egzekucji - równało się dołączeniu do siedzących na Rynku.
Na rynku pojawiły się wozy.
Kilku młodszym żydom kazano na wozy załadować zwłoki pomordowanych.
Wozy odjechały.
Zapadła cisza na rynku, ale przerywana pojedynczymi strzałami.
To Niemcy zabijali po domach pozostałych, także tych, którzy usiłowali się ukryć.
Ciała zabitych zrzucono do wspólnego dołu za miastem.
Zasypano zwłoki wapnem palonym.
Po zabiciu wszystkich, żołnierze sprawdzili ich bagaże rozrzucając po Rynku stosy ubrań i bielizny.
Szukali pieniędzy i biżuterii.
Było tego sporo.
Wywożono trupy za cmentarz katolicki koło klasztoru.
To było w miejscu rachitycznego lasku sosnowego - gdzie teraz stoi willa.
Ten dom stoi na miejscu dawnego pochówku Żydów.
Przed zakopaniem żydów w zbiorowej mogile - żołnierze niemieccy dokładnie przeszukiwali ich ubrania - było tam jeszcze bardzo dużo biżuterii i pieniędzy, na palcach pierścionki.
Podobno wyrywali również złote zęby .
Później ekshumowano ciała i przewożono szczątki na kirkut za torami.
W miasteczku Niemcy zostawili część pododdziału pacyfikacyjnego, który przez kilka kolejnych nocy wyłapywał młodych żydów, którzy wcześniej uciekli, bądź wracali z jakiejś podróży.
Również przeszukiwali mieszkania i sklepy żydowskie - znajdując dużo tajnych skrytek w piwnicach , kominach, przewodach wentylacyjnych, strychach, przy fundamentach domów i w ogrodach.
Były tam cenne bogactwa oraz waluta - przeważnie amerykańska, brytyjska i szwajcarska.
Również dokumenty nieruchomości, papiery wartościowe, zdjęcia i pamiątki.
Żydzi myśleli, że jak wrócą - to znajdą to.
Część żydów która uciekła do Rosji sowieckiej jeszcze przed wkroczeniem Niemców w 1939 miała też swoje plany. Poznaliśmy je w 1944 i później. ( MBP, UB i NKWD).
Wszystkie wartościowe rzeczy łącznie z zawartością magazynów sklepowych, żywnością - Niemcy zarekwirowali na potrzeby Rzeszy.
Wszystkie lepsze budynki przeznaczyli na potrzeby okupacyjne.
Reszta domostw pożydowskich była zasiedlona głównie przez licznych uciekinierów z Zachodu Polski - gdzie Niemcy osiedlali swoją nację. Miejscowi goje mieli ( z nielicznymi wyjątkami) gdzie mieszkać.
Po opuszczeniu Rozwadowa przez żołnierzy pacyfikujących Żydów, miejscowa ludność poszukiwała resztek żywności - szczególnie kartofli w piwnicach itp.
Bo głód był straszny.
Po nocach przez pewien czas grasowali szabrownicy z okolicznych wsi i przyjezdni ( bardzo odważni - godzina policyjna) rozkradając resztki wyposażenia domostw i sklepów ale to był już tylko tzw. "chłam".
Do szabrowników patrole niemieckie strzelały bez ostrzeżenia.
Polacy nie mieli nic do powiedzenia w miasteczku i nic do „kradzenia”.
Wszystko wartościowe wyjechało do Rzeszy – a puste mieszkania przydzielały władze niemieckie.
Tworzenie mitu, że Polacy sobie beztrosko hasali po domach starozakonnych jest durnotą w stylu Grossa.
Można to wciskać ksero-studentom i ogłupionym antypolską propagandą młodym Amerykanom.
Którzy bezkarnie na dźwięk polskich słów – wyzywają takich od „jews killers” .
Pomagają im całe rzesze agentów , którzy wyjechali po 1968 , 1981 i innych latach – jako „polityczni”.
Pełno ich jest w Chicago, Toronto, i wielu miastach Ameryki.
Wielu z nich rozsadza od wewnątrz organizacje polonijne w obu Amerykach i Australii.
Wszyscy ukrywający się żydzi, gdy zostali złapani - zawsze wydawali Niemcom swoich polskich opiekunów.
Zabierając ich ze sobą ze zwykłej miłości – do nieba…
Tuż po przejściu frontu grupa polskich jeńców prowadzona była na transport kolejowy.
Na polu stali Niemcy i wybrali 20 jeńców polskich.
Zaprowadzili ich w pole .
Tam był dół, w którym stała liczna grupa żydów.
Sami sobie wykopali grób. Niemcy kazali polskim żołnierzom – jeńcom, zasypać ich żywcem.
Jeńcy stanowczo odmówili.
Dowódca pododdziału niemieckiego zagroził im rozstrzelaniem.
Nie zrobiło to na nich wrażenia - a nawet prowokacyjnie ustawili się na krawędzi wykopu.
Wtedy Niemcy kazali żydom wyjść z dołu i wprowadzili tam żołnierzy polskich.
Kazali żydom zasypać gojów żywcem.
Żydzi ochoczo złapali za łopaty.
Ale niestety (dla nich) oficer niemiecki znowu odwrócił role.
Polacy - na górę, starozakonni – do dołu z powrotem. Ustawiono na skraju dołu MG-42 i wykoszono starozakonnych. Wtedy dopiero żołnierze zgodzili się zasypać ofiary egzekucji.

Opis faktycznej sceny z "festynu zwycięstwa" na Rynku w Rozwadowie tuż po wkroczeniu Rosjan.

Rosjanie na siłę spędzali mieszkańców - by "cieszyli się z wyzwolenia".
Orkiestra grała, krasnoarmiejcy tańczyli z miejscowymi kur...mi i rosyjskimi żołnierkami.
Krasnoarmiejki poubierane były w ładne koszule nocne z pożydowskich sklepów - traktując je jak francuskie suknie balowe. One nigdy w życiu nie widziały takich koszul.
To potwierdza fakt, że Polacy nie ruszali ze sklepów pożydowskich niczego, co nie było im konieczne i potrzebne do przeżycia.
Poza tym wielu Polaków było zaprzyjaźnionych z sąsiadami na zasadzie ograniczonego zaufania.
Nie byli durniami – żyli z nimi obok siebie przez setki lat.
I znali się jak łyse konie.
Dzisiaj w miasteczku jest kilka pięknych domów pożydowskich, odrestaurowanych – po bogatych przedwojennych właścicielach.
Nie są to chyba potomkowie starozakonnych.
Stare zniszczone domy( chałupki) biednych żydów – w większości nie istnieją – zamieniły się w kupy zgniłego drewna.
W latach 60-tych, w miasteczku, pojawiali się byli mieszkańcy Żydzi.
Prosili o możliwość pomodlenia się za zmarłych krewnych w ich dawnych mieszkaniach. Zamykali się - a po ich wyjściu znajdowano pokojach miejsca w ścianach i podłogach - gdzie coś wyjęto.
W końcu jeden okupant zamieniony został przez nowego weszli Sowieci i wtedy dopiero trzeba było zamykać się na 4 spusty – bo wpychali się do domu jak robactwo.
W ruinach bożnicy stało jeszcze dość sporo ścian bocznych i filarów wewnętrznych Przy przemarszach Sowietów w tych ruinach często stacjonowali dzielni bojcy, często Mongołowie i Kałmucy - w łapciach i z wintowkami na sznurkach.
Palili tam ogniska i ostatni ich pobyt strawił sporo resztek bożnicy.
Definitywnie resztki mykwy i bożnicy uprzątnięto już po wojnie.
I zrobiono tam plac targowy (lata 50-te).
Wnuk Augustyna pamiętał jeszcze resztki ceglanych pozostałości i fundamentów.
Augustyn był świadkiem jak kilku Kałmuków pobiło się po pijanemu, koło kapliczki Św. Jana. W pobliżu klasztoru. Mieli przy sobie potężne noże - jak maczety, tylko proste i szerokie.
Długości około 60 cm.
Tymi maczetami dwóch z nich obcięło sobie wzajemnie twarze - jak gilotyną.
Był to okropny widok.
Nie mieli nosów, wystawały szczęki i uszkodzone oczy.
Krew w rytm oddychania wydostawała się z tych rozległych cięć z bulgotem.
Ktoś z mężczyzn przykrył te głowy gazetą.
Umierali bardzo długo i nikt z ich kolegów nie interesował się tym.
Polacy woleli nie podchodzić - można było stracić życie. Nie było żadnych reguł - jak to na wojnie.
Pełne zezwierzęcenie - a w sowieckim stylu nazywa się to kulturą bizantyjsko-stepową.
Tuż przed odejściem Sowietów z Rozwadowa na wschód do CCCP – stacjonowali oni w ratuszu.
Zostawili tam ogień – którego nikt nie gasił w obawie, że może jeszcze są tam pijani żołnierze sowieccy.
Obudzony sołdat mógł wygarnąć cały magazynek z pepeszy - na wszelki wypadek…
Powoli ratusz spłonął doszczętnie, resztki zburzono i zostały tylko fundamenty i piwnice pod Rynkiem.
Istnieją tuż pod placem do dzisiaj w stanie prawie nienaruszonym.
Podobnie spalony został po I wojnie pałac księcia Lubomirskiego w parku Charzewice.
Rosjanie lubili zostawiać po sobie zgliszcza – by w takiej Polszy wszystko wyglądało jak u nich: czyli goła ziemia , bieda, smród, brud i ubóstwo.
Po wojnie ekshumowano na placu rynku ciała ludzi zakopanych tam w wyniku jakiejś egzekucji.
To było w miejscu przy fundamentach ratusza. Wykonywał to między innymi miejscowy alkoholik . Dostał pół litra i z drugim kompanem - odkopywali to. Nikt więcej nie chciał tego robić za żadne pieniądze. Fetor był tak straszny, że ludzie przy Rynku zamykali okna. Przypadkiem po usunięciu ciał, kopacz wpadł do piwnic ratusza. Wyciągnął stamtąd stare wino w dużych butelkach. Było tak zgęstniałe jak syrop. Możliwe, że to był Tokaj. Wszyscy bali się tego pić. Ale znalazca stwierdził, że jest bardzo smaczne.
Milicja kazała szybko zasypać piwnice i nikt już tam nie zaglądał od wojny.
Miejsce było zbyt widoczne i ruchliwe.
Piwnice dalej czekają na odkrywców.
Fundamenty ratusza w Rozwadowie istnieją tuż pod placem w stanie nie naruszonym.
Augustyn mimo, że był już staruszkiem ciągle wykonywał wszelkie polecenia jego ukochanej Stasi.
W 1968 w jesieni Stasia kazała mu pojechać do sąsiedniego dużego miasta i załatwić węgiel na zimę w składzie opałowym. Wtedy takie rzeczy załatwiało się osobiście.
Augustyn słabo już widział i mało co słyszał.
Przechodził koło fryzjera Mierzwy przez przejście dla pieszych - kolo fryzjera Mierzwy.
Od strony Stalowej Woli pędził na motorze „Panonia” chłopaczek ( Panonia to taki dość ciężki motocykl).
Trąbił.
Augustyn posłyszał to.
Młody człowiek w takim wypadku przyspiesza i ucieka na drugą stronę ulicy.
Staruszkowie z reguły cofają się z powrotem -jakby „skarceni”.
Więc Augustyn i „Panonia” spotkali się dokładnie na środku jezdni.
Do dzisiaj, w niebie - Augustyn chyba nie ma pojęcia co się stało. Bo zginął w ułamku sekundy. Na sekcji zwłok trudno było znaleźć jakąś całą kość w doczesnych szczątkach Guścia.
Staruszkowie są miłymi dziadziami – ale mają bardzo kruche kosteczki.
Jego córka Janinka bardzo go kochała i rozpaczała długo po jego śmierci.
Augustyn być może spotkał za bramą Św. Piotra swojego syna – partyzanta Kazimierza. Ale kto to wie - jak to tam jest…
***
©M.Mozets
Mozets
Mozets
 
Posty: 31
Dołączył(a): Pn lip 30, 2007 8:02 pm

Re: Rozwadowski Rynek

Postprzez Mozets » Pn wrz 14, 2020 7:48 pm

Szeregowy Stefan - żołnierz września



KOP w Czortkowie


/ losy szer. Stefana z ostatnich dni przed II WW i pobyt w stalagach/

Szer. Stefan - początek służby w KOP Czortków

Przede wszystkim - kim, a raczej czym był KOP? Czy za zadanie miał wyłącznie strzec naszej granicy? Otóż nie - do zadań KOP-u należała też walka z terroryzmem, dywersją, szpiegostwem, a także w niektórych wypadkach tłumienie niepokojów społecznych wśród mniejszości etnicznych. Do jego szeregów szli żołnierze wyselekcjonowani, specjalnie dobrani, o właściwym "kręgosłupie moralnym". Służba tam była ciężka i długotrwała, a formacja mimo iż miała struktury i uzbrojenie identyczne jak WP podlegała pod MSW.
W 1939r., w sierpniu, cała formacja przeszła ze stopy pokojowej na wojenną, tworząc dywizje:
Do KOPu zostawali przyjmowani tylko ludzie z dobrych rodzin, z takich, których członkowie nie siedzieli w więzieniach za przewinienia. Musieli to być pewni ludzie, zaufani, ale także tacy, co wyróżniali się sprawnością fizyczną.
Trudno ich porównać do spadochroniarzy czy komandosów. KOP miał po prostu inne, rozszerzone zadania (i kompetencje), niż współczesna Straż Graniczna (lub wcześniejszy WOP). Jedno jest pewne - musieli to być żołnierze lojalni i zdyscyplinowani, posłuszni najtrudniejszym nawet rozkazom.



Kilka danych o Czortkowie

Czortków – (ukr. Чортків) – miasto rejonowe na Podolu w płd.zach. Ukrainie w obwodzie tarnopolskim – 29 075 mieszk. w 2001 r. (28 tys. (1991); położony nad Seretem (dopływ Dniestru). Przemysł spożywczy, odzieżowy, naprawcze zakłady samochodowe. Dawne polskie miasto powiatowe w woj. tarnopolskim. Ludność: 5191 w 1921 r., 19 000 w 1931 r. Zabytki: muzeum; 2 drewniane cerkwie i zamek z XVI w. Zachował się stary polski cmentarz z licznymi nagrobkami (obiekt jest w znacznym stopniu zdewastowany) oraz mauzoleum i katakumby ofiar ukraińskich egzekucji z lat 1918-1919. Spoczywają tam prochy obrońców Czortkowa z okresu walk polsko-ukraińskich, m.in. młodzi Polacy 16-, 17-letni gimnazjaliści.


Historia
Miasto założone przez Jerzego Czortkowskiego, prawa miejskie potwierdzone w roku 1522, kolejni właściciele to Golscy, Potoccy, Sadowscy.
- W XIV w. włączony do Polski, wzmiankowany w 1522.
- W 1532 otrzymał prawa miejskie.
- W 1672-1683 w granicach Turcji – jako wynik uzgodnień w traktacie buczackim.
- 1683-1772 – należy do Rzeczypospolitej Polskiej.
- Od 1772 w wyniku rozbioru Polski znalazł się w Cesarstwie Austriackim.
- 1918-1939 w granicach Polski. Do 1939 roku: miasto powiatowe (powiat czortkowski) w województwie tarnopolskim, znajdowało się tu również dowództwo Brygady KOP "Podole" i garnizon macierzysty Batalionu KOP "Czortków".
- 1939-1941 pod okupacją sowiecką, deportacje Polaków) w głąb ZSRR.
- 1940 – powstanie czortkowskie – wybuchło w rocznicę powstania styczniowego w nocy z 21/22 stycznia; niestety nieudane - szybko zostało zdławione przez wojsko radzieckie, które okupowało miasto. Powstanie było zorganizowane w przeważającej mierze przez młodzież gimnazjalną, harcerstwo; sygnałem rozpoczęcia powstania była melodia "Warszawianki" odegrana na trąbce. Był to pierwszy na okupowanych ziemiach powstańczy zryw podczas II wojny światowej, jego celem było odbicie z więzienia aresztowanych polskich żołnierzy, by mogli oni później przez Zaleszczyki przedostać się do Rumunii (przez Czortków przejeżdżały trasporty aresztowanych polskich żołnierzy i policjantów, których wieziono w stronę Miednoje(?) Ten pierwszy zryw powstańczy zakończył się tragicznie – aresztowani zostali wszyscy polscy chłopcy – gimnazjaliści w Czortkowie; wielu z nich za udział w powstaniu skazano na karę śmierci, innych skazano na wielomiesięczne więzienie lub zesłano w głąb Rosji.
- 1941-1944 pod okupacją niemiecką.
- 1945-1991 w Ukraińskiej SRR.
- 1946 – wysiedlenie Polaków
- Od 1991 w Ukrainie.


/Artykuł poniżej jest autorstwa Marka Sokołowskiego od słów początek cytatu, do – koniec cytatu. Co zgodnie z prawem autorskim podaję. /
Z sieci net - opracowanie informacji o stalagach wokół Norymbergi.



/Początek cytatu/

KORPUS OCHRONY POGRANICZA – Czortków
w walkach w rejonie Końskiego

/Pamięci żołnierzy KOP. /

NA WRZEŚNIOWYM SZLAKU 163 PUŁKU PIECHOTY

Okolice Szydłowca, Przysuchy i Końskich, były we wrześniu 1939 roku, miejscem koncentracji i walk obronnych prowadzonych przez 36 DP rez. Dywizja ta była jednostką kombinowaną, utworzoną w dużej mierze z żołnierzy Brygady KOP „Podole”. Wobec napiętej sytuacji politycznej w sierpniu 1939 roku, oddziały tej brygady zostały ściągnięte do garnizonów z manewrów w rejonie Bodzanowa. Mobilizację alarmową zarządzono 27 sierpnia około godziny 17-tej. Nastrój mobilizowanych żołnierzy był bardzo dobry, mobilizacja przebiegała sprawnie, choć ujawniły się także problemy. Brakowało mundurów, butów, pasów głównych, żołnierzom zaś wydano identyfikatory bez wybitych nazwisk i przydziałów. Słaby był stan koni i wozów. Przy dużym wysiłku oficera organizacyjnego ppor. rez. Zbigniewa Brosznowskiego naprawiano wozy, podkuwano konie. 29 sierpnia około godziny 22-ej, ze stacji Czortków na Podolu nastąpił wyjazd pierwszego eszelonu wiozącego I baon 163 pp rez. Zgodnie z planem, mobilizację części alarmowej 36 DP rez. zakończono 30 sierpnia. Transporty kierowano przez Lwów – Kraków- Tunel – Skarżysko Kam. – do Szydłowca. Do stacji wyładunku dotarły m.in.: dowództwo dywizji oraz sąd polowy nr 63 utworzone przez dowództwo Brygady KOP „Podole”, 163 pp rez., w tym I i II baon zmobilizowany alarmowo przez baon KOP „Czortków” i III baon zmobilizowany przez KOP „Borszczów”, kompanie kolarzy, ckm i łączności, szwadron kawalerii dywizyjnej 36 DP rez. utworzony ze Szwadronu Kawalerii KOP „Czortów”, dowodzony przez rtm. Bronisława Riczkę. W rejon ześrodkowania nie dotarły jednostki mobilizowane później, już w trybie mobilizacji powszechnej.
Drugi z pułków działających w ramach 36 DP rez., dowodzony przez ppłk. Zygmunta Gromadzkiego, 165 pp rez. (I i II baon), który mobilizował 17 pp w Rzeszowie, wyładowany został w rejonie Szydłowca, na stacji kolejowej Jastrząb.
Dywizja w składzie dwóch pułków, pod koniec dnia 1 września, stanowiła jedyny większy oddział na Kielecczyźnie.( por. Jan Wróblewski, „Armia Prusy 1939” Warszawa 1986) Nocą z 1 na 2 września płk Ostrowski rozpoczął przegrupowanie oddziałów w kierunku Opoczna, 2 września dywizja ześrodkowała się w rejonie Bąków - Zawada - Janów - Przysucha - Brogowa. Dowództwo stanęło w Chlewiskach, jednak po rozwinięciu stanowiska dowodzenia, dotarł rozkaz ze sztabu Naczelnego Wodza wydany 2 września o godz. 3.00, anulujący przemarsz w rejon Opoczna.
Dywizja miała zorganizować obronę wzdłuż północnego brzegu rzeki Czarnej, aby osłaniać wyładowywanie z transportów kolejowych na stacji Skarżysko-Kamienna, pozostałych wojsk zgrupowania południowego Armii „Prusy”. Rozpoczęto przegrupowanie w rejon na południowy-zachód od Końskich, nad rzekę Czarną. Na czele dywizji szedł 163 pp rez., który pod wodzą podpułkownika Przemysława Nakoniecznikoffa, 4 września rano przybył na swój odcinek obrony w rejon lasu Wincentów. Pierwszy batalion dowodzony przez majora Stanisława Ruśkiewicza zajął stanowiska na północnym brzegu rzeki, od rozwidlenia drogi Ruda Maleniecka – Wiosna, wystawiając ubezpieczenie w rejonie Maleńca. Drugi batalion stanowiący drugi rzut bojowy, dowodzony przez majora Jana Andrychowskiego i trzeci batalion dowodzony przez majora Kazimierza Bielawskiego oraz pozostałe oddziały ześrodkowały się w rejonie Ruda Maleniecka – Sierosławie, na północny wschód od Dęby. Dowodzony przez pułkownika Zygmunta Gromadzkiego 165 pułk zajął stanowiska obronne na południe od Końskich. Szwadron kawalerii dywizyjnej rotmistrza Bronisława Riczki, zajął stanowiska na zachód od Końskich, następnie przesunięty został w rejon Żarnowa. W dniach 3 i 4 września 36 Dywizja Piechoty wraz z rozlokowywanym w rejonie Skarżyska - Kielc i Końskich, południowym zgrupowaniem Armii „Prusy”, stanowiła osamotnioną wyspę obronną, która z braku wojska miała luki na skrzydłach sięgające kilkudziesięciu kilometrów.
Po południu 6 września z Przedborza na Końskie ruszyło natarcie II niemieckiej Dywizji Lekkiej z 14 Korpusu Zmotoryzowanego. Pierwsze walki z oddziałami nieprzyjaciela, wzdłuż szosy z Czermna do Wyszyna, podjęła komp. rozpoznawcza pierwszorzutowego 163 pułku 36 DP rez. Stoczyła ona walkę z niemieckim batalionem wzmocnionym artylerią. Pododdziały niemieckie zaatakowały następnie przyczółek pod Rudą Maleniecką, gdzie broniła się 3 kompania I batalionu. W tym dniu, aby wypełnić 20 kilometrową lukę obronną pomiędzy 36 DP i 3 DP ze zgrupowania południowego Armii „Prusy”, szwadron rtm. B. Riczki został przesunięty z rejonu Żarnowa w rejon Stąporkowa i Krasnej. Na odcinku bronionym przez 163 pp rez. cały czas trwały walki. Wieczorem został przez żołnierzy polskich zerwany most i tama na rzece Czarnej, rozlane wody zatopiły znaczne połacie terenu, co stanowiło poważną przeszkodę w ruchu pojazdów mechanicznych.
Nocą z 6 na 7 września sytuacja bojowa 36 DP rez. pogarszała się, dywizja była osamotniona postanowiono oddziały podciągnąć bliżej Końskich. wykorzystując poranną mgłę. 7 września ugrupowanie przyjęło nowe pozycje obronne wokół Końskich. Pierwszorzutowy 163 pp obsadził odcinek na zachód od Modliszewic i na południowy zachód od Nowego Kazanowa. Około godziny 14-tej pod ogniowym wsparciem artylerii ruszyło niemieckie natarcie, w wyniku silnego ostrzału i ponawianych prób, nastąpiło włamanie się Niemców do Kazanowa. Bateria kapitana Stanisława Pruskiego została obezwładniona celnym ogniem artyleryjskim, korygowanym z samolotów obserwacyjnych nieprzyjaciela. Podpułkownik P.Nakoniecznikoff zarządził kontratak siłami I baonu. Przebieg tych walk tak opisuje Piotr Zarzycki: „Uderzenie polskie wyszło z lasu kazanowskiego. Wzięły w nim udział 1 kompania kpt. Artura Dubeńskiego i 2 kompania por. Bogumiła Jurkiewicza. Atak na bagnety zaskoczył Niemców, którzy pośpiesznie wycofali się co pozwoliło odzyskać Kazanów. Kontratak wsparły ogniem III pluton. pod dowództwem plut. Franciszka Woźnego i pluton taczanek pod dowództwem ppor.rez. Stanisława Dziedzica 3 komp. ckm 163 pp rez.” /. Po wyparciu nieprzyjaciela, krótką przerwę w walce wykorzystano do ewakuacji rannych, których było bardzo wielu. Przewieziono ich do szpitala w Końskich. Sytuację na pomocniczym stanowisku opatrunkowym w lesie, na zachód od Końskich, tak opisuje lekarz 163 pp rez. kpt. lek. Wacław Chojnacki: Napływ rannych jest tak duży, że we dwójkę, z podchor. lek. Michałem nie możemy nadążyć ich opatrywać i ewakuować, chociaż we wszystkich batalionach lekarze urzędują . Wkrótce Niemcy ponownie zaatakowali, przełamując obronę na odcinku bronionym przez 7 i 8 kompanię III baonu 163 pp rez. Nastąpił ponowny polski kontratak siłami III baonu dowodzonego przez mjr. K. Bielawskiego, wspartymi przez odwodowy I baon 163 pp rez. mjr. S. Ruśkiewicza. Dochodzi do walki wręcz, decyduje bagnet i granat. W czasie ciężkich walk o każde zagłębienie terenu, szczególną dzielnością wsławił się plut. rez. Michał Raczykowski z Borszczowa. W walce ginie por. Józef Bukowski d-ca plutonu 1 komp. odwodowej baonu KOP „Borszczów”. Ostrzał artylerii niemieckiej na Las Kazanowski powoduje poważne straty wśród stojących tam taborów, pociski padają na punkt opatrunkowy, rozbijają punkt sanitarny, ginie sanitariusz i woźnica, ranny zostaje kpt. lek. Wacław Chojnacki /.Walki pośród zgliszcz Kazanowa trwały do zmroku. Niemcy wycofali się za rzekę Czarną. Pułk poniósł wysokie straty w ludziach. Poległo wielu polskich żołnierzy, a tabory pułkowe były rozbite. Stracono 5 działek ppanc. Jak podaje Piotr Zarzycki: „Według szacunkowych danych straty ludzkie 163 pp rez. osiągnęły tego dnia ok. 30%, a siła bojowa zmniejszyła się o ok. 50 % z powodu utraty ciężkiej broni” /. W nocy zaplanowano odwrót w kierunku wschodnim, w nakazany rejon koncentracji na wschód od szosy Skarżysko – Szydłowiec, w lesie na południe od wsi Sadek, a na zachód od Kierza Niedźwiedziego. W fazie organizowania odwrotu dowódca dywizji pułkownik Bolesław Ostrowski zabrał sztab dywizji, kompanię sztabową, szwadron kawalerii dywizyjnej, większość taborów i odjechał do leśniczówki Barak. O godzinie 20-tej pozostałe wojska polskie opuściły teren bitwy kierując się na wschód. Jako ostatnie opuściły Końskie baony 165 pułku, którym dowodził ppłk. Z. Gromadzki. Rolę ubezpieczenia spełniał II baon 165 pułku dowodzony przez mjr. Stanisława Inglota. Dowódca 163 pułku ppłk. P. Nakoniecznikoff objął dowództwo nad całością kolumny.
Przemarsz pozostałych oddziałów nastąpił dwiema drogami: pierwsza wiodła przez Nowy Kazanów, Końskie, Furmanów, Hutę, Barak, a druga przez Piłę, Kozią Wolę, Niekłań, Majdów, Skarżysko Książęce. W nocy nastąpiło przemieszanie oddziałów w poszczególnych pułkach, dlatego przegrupowanie oddziałów opóźniło odwrót dywizji. Wszystkie samochody okrężną drogą wysłano do nakazanego rejonu. Z ostrzeliwanych Końskich udało się ewakuować część rannych, których wywieziono na 40 wozach. Po godzinie 21-ej rozpoczął się odwrót 36 DP rez. Odwrót był bardzo trudny, tak wspomina go kpt. lek. W. Chojnacki: Maszerujemy po drogach wyboistych, polnych lub duktami leśnymi. Co chwila tabor zaczopowuje się, wozy się psują, konie ustają. Słyszę dookoła sarkania żołnierzy(...). Dokuczliwy brak wody. Ranni proszą o wodę. Mam zaledwie w kilku manierkach trochę wody i rozdzielam ją łykami... Zapasu wody nie mogę zrobić, bo omijamy wioski i osiedla /.
Straż boczna składająca się z II/165 pp rez., dowodzona przez mjr. S.Inglota, została zaatakowana rankiem w okolicy Niekłania, kompanie ppor. Mieczysława Wałęgi i ppor. Tadeusza Kuhna przyjmują główne uderzenie. Obie kompanie zostały rozbite, nieprzyjaciel atakuje straż tylną 36 DP rez., którą stanowił I/165 pp rez. dowodzony przez mjr. Mariana Tinza.
Pułkownik B. Ostrowski dotarł do leśniczówki na skraju wsi Barak, w pobliżu szosy Skarżysko - Szydłowiec rano 8 września około godz. 7-ej. Dowódca wydał rozkaz zabezpieczenia miejsca postoju. Nakazał zorganizować ubezpieczenie, szwadron kawalerii rozwinął się po obydwu stronach szosy, na skraju lasu od strony Szydłowca, zaś kompania sztabowa obsadziła kierunek od Skarżyska około 1, 5 kilometra na południe od kawalerzystów. Około godziny 11-tej oddziały te zaatakowała szpica złożona z oddziału kawalerii zmotoryzowanej i 5 samochodów pancernych, wsparta działkami ppanc. oraz bronią maszynową. Opór stawiła im najpierw kompania sztabowa oraz szwadron kawalerii. Kompania sztabowa zmuszona była pod naporem nieprzyjaciela wycofać się w las, w czasie walki została rozproszona. Pułkownik B. Ostrowski nakazał kwatermistrzowi dywizji mjr. dypl. Stanisławowi Kramarowi i pomocnikowi oficera operacyjnego kpt. Władysławowi Fijałkowskiemu przyjść z pomocą walczącym oddziałom poprzez kontratak przy pomocy żołnierzy kompanii łączności i żołnierzy z taborów. Na czele atakujących szli mjr dypl. S. Kramar, kpt. Ładysław Kuśmidrowicz oraz oficer operacyjny kpt. Wojciech Borzobohaty. Kontratak załamał się, niepowodzeniem zakończyła walka szwadronu kawalerii. Kawaleria wycofała się do m. Barak. Tutaj była ponownie atakowana przez nieprzyjaciela, odpierała ataki, aż do godziny 15-tej, a po włączeniu artylerii niemieckiej, rtm. B. Riczka, po stwierdzeniu obecności w pobliskim lesie pancernych oddziałów niemieckich i nie nawiązawszy kontaktu z resztą grupy, nakazał odwrót. W czasie dotychczasowej walki szwadron stracił 15 koni. (por. Południowe Zgrupowanie Armii Prusy we wrześniu 1939 str. 259.). Kawaleria wycofała się w kierunku Wierzbicy i Skaryszewa, w godzinach wieczornych 9 września, przekroczyła Wisłę pod Regowem. Szwadron rtm. Riczki, dołączył na Lubelszczyźnie, do kombinowanej Brygady Kawalerii płk. Adama Zakrzewskiego. W trakcie walk pod Jacnią, koło Krasnobrodu, w dniu 23 września poległ dowódca szwadronu.
Siły główne dywizji dotarły w godzinach popołudniowych do szosy Skarżysko-Szydłowiec, napotykając wszędzie na drodze odwrotu oddziały niemieckie . Stwierdzono odcięcie dywizji od sił prowadzonych przez płk. B. Ostrowskiego i pozostałych sił Zgrupowania. Dowództwo nad resztą dywizji objął ppłk. P. Nakoniecznikoff, który podjął decyzję o przebiciu się. Przed natarciem na posuwające się szosą jednostki niemieckie zarządzono krótki odpoczynek w lesie na południe od m. Barak. Żołnierze byli bardzo zmęczeni, wydano wówczas ostatni obiad. Przed walką dołączył do dywizji pluton konny z komp. kpt. Tadeusza Swobody, który prowadził rozpoznanie na kierunku Skarżysko Kamienna. 163 pp rez. ruszył do natarcia po godzinie 15-tej, 165 pp rez. ubezpieczał działania, w jego składzie dowódca pozostawił baon z rozbitków 7 DP. 163 pp rez. ruszył do natarcia na lewym skrzydle, od strony Skarżyska Kamiennej. Pierwszy do szosy dotarł I baon 163 pp rez. majora S. Ruśkiewicza. Zaskoczył on kolumnę niemiecką niszcząc kilka pojazdów i rozpraszając nieprzyjaciela w lesie od strony wschodniej na kierunku Sadek. Nieprzyjaciel od strony Baraku wprowadza nowe siły, trwa zacięta walka, obie strony ponoszą znaczne straty. Duży sukces odnosi baon mjr. J. Andrychowskiego, gwałtownym uderzeniem likwiduje nieprzyjaciela na szosie, którą następnie obsadza. Kompania por. Mariana Jakubowskiego z 2 plutonami cekaemów obsadza szosę na południowym skraju lasu szydłowieckiego. Kompania por. Stanisława Wośki z działkami ppanc., kompania por. Zbigniewa Horoszewicza i bateria dział kpt. S. Pruskiego staja na szosie na prawym skrzydle. Działa strzelają na wprost do nadjeżdżających czołgów wroga. Nieprzyjaciel traci kilka czołgów. W II/165 pp rez. wyróżnia się celowniczy działka ppanc. strzelec Stefan Kolasa. Nieprzyjaciel kieruje na polskie stanowiska ogień artylerii. Do walki włącza się I/165 pp rez. majora M. Tinza, który dotarł do rejonu walki, niszczy dalszych kilka pojazdów i zajmuje szosę w rejonie Barak - Wola Korzeniowa. Nieprzyjaciel wprowadza do walki od strony Szydłowca nowe siły i lotnictwo. Trwa bój. Tak jego rozpoczęcie wspomina uczestnik Józef Krajna: Padła komenda: ognia! Rozpoczął się jazgot karabinów maszynowych i ręcznych. Kiedy pierwszy czołg mijał dolinę, dosięgła go salwa i pokrył się obłokiem czarnego dymu. Drugi próbował wyprzedzić rozbity wrak, lecz daremnie. Też dostał. Rozgorzał bój.
Kiedy I/165 pp rez. zatrzymał się aby pozbierać rannych i broń, znów następuje atak niemiecki. W walce uczestniczy też batalion zbiorczy 7 DP, dowodzony przez por. Michała Chełmickiego. W pierwszej linii idzie kompania zbiorcza z 27 pp dowodzona przez por. Jana Łodzińskiego. Atakują nieprzyjaciela leśnymi duktami, kompanię zbiorczą z batalionu ON Kłobuck prowadzi por. Jan Merkisz z 25 pp. Niespodziewana akcja odrzuca wroga, giną w niej jednak: por. J. Merkisz, ( w latach 1934-1938 oficer KOP Iwieniec), ppor. Józef Kopytek, ppor. Kazimierz Maliszewski, ppor. Jan Maszkowski, plut. Tadeusz Boba, szeregowy Mieczysław Kupiak z 25 pp, a z 27 pp giną por. Kazimierz Malczewski, ppor. rez. Marian Majcherek, kpt. lek. dr Adam Kolberg. Przecięty serią z karabinu maszynowego w pobliżu szosy pada szef kompanii sierż. Józef Paszkiewicz.
Niemcy próbują uderzenia na tyły 163 pp rez., w groźnej sytuacji znalazła się kompania dowodzona przez kpt. Władysława Henzla. Wróg tymczasem wezwał na pomoc lotnictwo. Niebawem nad pozycjami wojsk polskich pojawił się samolot obserwacyjny „Henkel”. Wkrótce potem odezwała się także niemiecka artyleria ciężka, bateria Halickiego została rozbita. Poległa też jej obsługa.
Łącznie w walce zginęło 136 polskich żołnierzy. Z braku szczegółowych informacji identyfikacyjnych, trudno dziś jednoznacznie ustalić pełną liczbę poległych żołnierzy KOP. Biorąc jednak pod uwagę ich zaangażowanie w walkę oraz bitność 163 pp rez., można przypuszczać, że większość z nich to kresowi żołnierze KOP. Udało się ustalić ich nazwiska: st. strzelec DROCHOMIRECKI…, strz. Walter JAGER, por. Marian Wincenty JAKUBOWSKI z baonu KOP „Czortków”, Władysław Antoni JANKOWSKI, ppor. KRAWCZYK…z baonu KOP ”Czortków”, kpt. Stefan MRÓZ z baonu KOP „Czortków’, kpr. PODBRĄCZYŃSKI…, strzelec WIDECKI…, kpr. Józef WOŁEK. Wszyscy oni polegli w walkach pod Szydłowcem , W dniu 8 września, jak po latach udało się ustalić rodzinie, poległ także żołnierz 163 pp rez strz. rez. Kazimierz Żółkiewski
Słońce zachodziło ukazując duże półkole czerwieni. Kończył się niezwykle ciężki i krwawy dzień 8 września 1939r. Dowódca oddziałów polskich ppłk. P. Nakoniecznikoff rzucił całość sił do sforsowania szosy i wsparcia baonu 163 pp rez., 6 kompanii 165 pp rez., która ocalała po bitwie batalionu mjr. S. Inglota pod Niekłaniem. Pierwszy sforsował przeszkodę ppłk Z. Gromadzki. Wraz z nastaniem zmierzchu Niemcy wycofali swe siły spod wsi Barak i wojska polskie przeszły na wschodnią stronę bez walki. Tylko od czasu do czasu ostrzeliwała je artyleria niemiecka. Kolumna polska udała się w rejon Trębowca Dużego na zachód od Iłży, tam częściowo wzięła jeszcze udział w bitwie o Iłżę. Po dotarciu w pobliże Wisły oddziały uległy rozformowaniu w okolicy leśniczówki Narożnik. Małe grupy żołnierzy samodzielnie przedzierały się za Wisłę. Żołnierze z rozformowanej 36 DP rez. walczyli jeszcze w innych jednostkach w okolicy Chełma Lubelskiego i Krasnobrodu. W miejscowości Jacnia poległ rotmistrz Bronisław Riczka, w rejonie tym we wrześniu 1939 roku walczyły oddziały Wołyńskiej Brygady Kawalerii dowodzonej przez pułkownika Filipowicza oraz Kombinowanej Brygady Kawalerii pułkownika Zakrzewskiego. Żołnierz polski trwał z godnym podziwu uporem, podejmując mężnie nierówną walkę z najeźdźcą.
Szczególnym symbolem tej walki dla mieszkańców Szydłowca i okolic stał się dzień 8 września i bitwa pod wsią Barak. W 1980 w Baraku wzniesiony został pomnik poświęcony Żołnierzom Września, od lat dziewięćdziesiątych XX wieku corocznie Urząd Miasta organizował uroczystości rocznicowe bitwy pod Barakiem. Udział w tej bitwie oddziałów sformowanych z żołnierzy Korpusu Ochrony Pogranicza był jednak zapomniany. Decyzja władz szkoły, samorządu uczniowskiego i rady rodziców jest nawiązaniem do lokalnej historii i napawa nadzieją przywrócenia pamięci o bohaterstwie żołnierzy formacji granicznej II Rzeczpospolitej. /Koniec cytatu/.
*Wytłuszczenia druku, powyżej i poniżej , dot. jednostki szer. Stefana.
Co się działo z szer. Stefanem z I baonu 163 pp Czortków w rejonie Końskiego?
Wg wszelkich ustaleń właśnie w zamieszaniu w walkach w Lesie Kazanowskim pod Końskiem do niewoli niemieckiej trafia grupa żołnierzy z I baonu 163 pp z Czortkowa odciętych od macierzystego pododdziału w godzinach popołudniowych po silnym ostrzale artyleryjskim i zniszczeniu taborów przez Niemców. Szeregowcy nie byli zapoznawani z planami działań nawet szczebla kompanii – stad relacje ich nie są zbyt ściśle powiązane z materiałem dokumentacyjnym walk we wspomnianym rejonie. Dynamika działań była tak duża, że sami dowódcy plutonów gubili się w rzeczowej i faktycznej ocenie sytuacji. Rozbrojenia grupy żołnierzy w składzie około 12 ludzi dokonał podoficer Wehrmachtu dowodzący plutonem . Wcześniej zresztą widząc beznadziejną sytuację i nie posiadając już amunicji ( i widząc okrążających ich Niemców) żołnierze polscy odłożyli broń i wyrzucili w zarośla zamki karabinów. Przez co w czasie brania jeńca nie doszło do przypadkowej , niepotrzebnej śmierci żołnierzy polskich. Podoficer niemiecki był bardzo zdenerwowany i wymachiwał pistoletem przed nosem żołnierzy siedzących na ziemi. Wśród tych żołnierzy znajdował się szer. Stefan .

Tymczasem co się działo w macierzystej jednostce KOP w Czortkowie w dniu 17 września 1939r.?
Pierwszą reakcją na agresję sowiecką, w KOP Czortków poza szalonym zaskoczeniem i przygnębieniem, było: "walczyć!". Dowódcą pułku KOP "Podole" (czasem określanego jako Pułk KOP "Czortków"), był ppłk. Marceli Kotarba toczący walkę z wojskami sowieckimi częściowo już od 2.00 17. 09. 1939.
Według meldunku ppłk. Kotarby do Naczelnego Dowództwa już we wczesnych godzinach rannych 17. IX, na odcinku Borszczów zniszczono dwa czołgi sowieckie. Przed południem 17. IX oddziały KOP musiały opuścić Czortków. W samym mieście nie doszło do żadnej walki. Z jakichś względów w „II oddziale” KOP w Czortkowie pozostało kilka podoficerów z administracji i jeden z nich popełnił samobójstwo w biurze (nazwisko nieznane).



W niewoli
Grupy żołnierzy wziętych do niewoli były ładowane na transport kolejowy i po kilku dniach dotarły do obozu Lamsdorf (Łambinowice), skąd rozdzielano transporty jeńców dalej w głąb Rzeszy Niemieckiej. Szer. Stefan otrzymał nr jeniecki 13380 i dołączony został do transportu jadącego w kierunku Bawarii. Prawdopodobnie jeniec szer. Stefan był kilka dni w Willenedorf w Austrii – ale nie był to obóz tylko miejsce przeładunku. Właściwym obozem docelowym był Stalag XIII D Nürnberg-Langwasser.

Komendantem "Stalagu XIII D Nürnberg-Langwasser" był pułkownik Pelet.
Mieścił się on na obszarze niezabudowanym, dziś są tam dzielnice mieszkaniowe. Wcześniej był tam „SA-Lager „ obóz szturmowców nazistowskich z S.A., obóz więźniów, a natychmiast po agresji na Polskę w 1939 - używany był przez Wehrmacht, jako obóz internowania („Ilag” – Internierungslager) i szybko przekształcony w stalag.

Liczba osadzonych wynosiła 150000 w baraku mieściło się 200 osób. Były tu wszystkie nacje: Polacy, Holendrzy, Belgowie i Francuzi, brytyjscy żołnierze byli skoncentrowani w innych obozach, głównie we wschodniej części Rzeszy.

Od początku używano żołnierzy -jeńców
wykwalifikowanych w zawodach przydatnych do przemysłu w "Arbeitskommando" "Wehrmacht". Inni używani byli do pracy jako parobkowie w obszarach wiejskich.
(U bauerów).

Rozwiązanie "Stalagu " Norymberga-Langwasser nastąpiło w sierpniu 1940 r. ze względu na
tworzenie mniejszych jednostek łatwiejszych do kontroli i rozmieszczonych w większej odległości od siebie "Wehrkreis".
W rezultacie powstały 3 nowe "Stalagi”:

Stalag XIII A Hohenfels,
Stalag XIII B Weiden
Stalag XIII C Hammelburg (Dolna Frankonia) - komendant Oberstleutnant Behrens

Po niemieckiej agresji na Związek Radziecki miliony żołnierzy Armii Czerwonej dostało się do niewoli i Niemcy wykorzystali ich do pracy w niemieckim przemyśle ( szeregowych i oficerów) , bo ZSRR nie podpisał Konwencji Genewskiej.
"Stalag XIII D." w sierpniu 1943 był silnie uszkodzony przez alianckie naloty i później był miejscem chaotycznych ewakuacji i transportów z innych obozów.

Kilka wspomnień z obozu:

Wspomnienia z pobytu w stalagach nie należą do przyjemnych i każdy zwykły żołnierz stara się wymazać z pamięci dręczące obrazy, wspomnienia głodu i chorób, pogardy zwycięzców, niepewności losu. Nikt przecież nie wiedział kiedy wojna się skończy. Odcięty był od informacji o najbliższych - jakkolwiek poczta obozowa funkcjonowała z cenzurą. Wiadomości ze świata nie docierały do jeńców, a o kondycji wojsk niemieckich można było się domyśleć z postawy strażników. Czym bliżej znajdowali się alianci - tym grzeczniej zachowywali się strażnicy i komenda obozu.
Jedzenie było podłe, zresztą które państwo karmiło wtedy jeńców odpowiednio. Zupa składała się z wody i kawałków brukwi. Główną chorobą w obozie był dur brzuszny, czerwonka. Wielu jeńców umierało z powodu komplikacji chorób i niedożywienia. Twardą walutą w obozie były papierosy. Jeniec Stefan przypomina lato – po przeniesieniu do stalagu Hammelburg – gdzie była jeszcze trawa. Po dwóch dniach – trawa była wyjedzona.
Po drugiej stronie drutów był jeszcze pusty obóz dla Francuzów – gdzie była piękna soczysta trawa. Gdy wreszcie pojawili się tam jeńcy francuscy – śmiali się z Polaków – że jedzą trawę.
Za dwa tygodnie i u Francuzów trawa znikła...
Jeńcy zachodni dostawali jednak później dużo paczek – od rodzin i z Czerwonego Krzyża- mieli więc sporo papierosów i słodyczy. Jeniec Stefan pracował raz u jeńców z Francji przy remoncie kanalizacji. Dostał od nich dużą ilość ciasteczek – bardzo delikatnych, tzw. „bisquits” – którymi wypchał nogawki spodni i rękawy munduru.
Strażnik przy wejściu do części polskiej – zauważył to. Wziął kij i zaczął tłuc go po nogawkach i rękawach - aż ciasteczka zamieniły się w pył i wysypały na ziemię...
Reszta strażników miała świetną rozrywkę przy tym – śmiali się rechocząc i wykrzykując jakieś germańskie gardłowe okrzyki.
Później strażnik powiedział – że jak chce może to zjeść z drogi.
Jeniec Stefan gdy był chory – i zwolniony był z ciężkich robót kilka razy pracował w budynku poczty stalagu , gdzie szefem był stary niemiecki podoficer – któremu jeniec naprawiał rower. Szeregowiec znał się na tym dobrze i podoficer był zadowolony.
Wachman jednak robił kanty z przychodzącymi paczkami i jeniec Stefek unikał pracy w tej placówce. By nie narazić się kolegom , a również „szefowi”.
Jeńcy dobrze wspominali lekarza obozowego – niemieckiego kapitana – który traktował ich po ludzku .
Jeniec Stefan rozkazem komendanta został odkomenderowany wraz z innymi niewolnikami do pracy o bauera. Jeden bauer dostawał tylko jednego robotnika – by nie stanowili problemu dla Niemca. Wykorzystany był za to - za trzech . Bauer jednak dawał dobrze jeść i jeniec Stobnicki szybko doszedł do zdrowia – mimo ciężkiej pracy w polu i obejściu. Jadł posiłki w tym samym czasie co rodzina bauera – za otwartymi drzwiami do sieni (musieli go widzieć cały czas). Mógł jednak jeść i pić – ile chciał. Miał początkowo trudności z końmi – które go nie słuchały. Były to ogromne i silne konie. A szer. Stefek nigdy nie był rolnikiem – pochodził z miasta i roboty w polu musiał się dopiero uczyć. Jednego razu – gdy już konie nabrały do niego zaufania i pracowały spokojnie – jeniec szer. Stefek dostał znienacka w twarz od samego gospodarza. Początkowo chciał mu oddać – ale wizja dyndania na sznurze – ochłodziła jego zapędy. Bauer jednak nie uderzył go za darmo. O godz. 12.00 – gdy z wieży kościelnej rozlegał się dzwon na Anioł Pański – konie miały pół godziny odpoczynku.
Nie chodziło o jeńca – a o konie. I dlatego jeniec nr 13380 – pamiętał już potem o przerwie.
W pole dostawał drugie śniadanie w płóciennym woreczku – który gospodyni przywiązywała koniowi do uprzęży przy pysku konia . Chodziło o to by niewolnik nie dotknął czasem jej ręki przy odbieraniu jedzenia.
Dużym niebezpieczeństwem były córki gospodarza. Młode, szerokie w biodrach i piersiaste ładne Niemki. Zaczepiały jeńca ( jak już nabrał trochę ciała) często – bo młodzi mężczyźni byli na wojnie – a dziewczęta miały swoje potrzeby.
Stefek nigdy jednak nie uległ pokusie – groził za to stryczek – a dziewczynom ostrzyżenie włosów , chodzenie z tabliczką na szyi po wsi i potem – obóz koncentracyjny.
Gdy alianci zaczęli zbliżać się do obszarów obozów – władze obozowe rozpoczęły sukcesywne zwalnianie jeńców. Szer. Stefan – korzystając ze znajomości niemieckiego, poprzez Austrię i Czechy - po wielu niebezpiecznych perypetiach na dworcach kolejowych dotarł do swojego miasteczka na południowym wschodzie Polski. Szeregowemu Stefanowi udało się znaleźć po zachodniej stronie linii Curzona.

Autor © Marek Mozets

Literatura

Erika Sanden: Das Kriegsgefangenenlager Nurnberg-Langwasser 1939-1945. Norymberga
1993. Bawaria.
Mozets
Mozets
 
Posty: 31
Dołączył(a): Pn lip 30, 2007 8:02 pm

Re: Rozwadowski Rynek

Postprzez Mozets » Pn wrz 14, 2020 7:50 pm

Garnitur Stefka

Stefek pracował na kolei. Nie zajmował stanowiska wysokiego, jak na jego pierwszą pracę w życiu. Wykonywał kolejową buchalterię magazynową, ale dość dobrze płatną – jak zresztą wszystkie posady na kolei państwowej, przed wojną.
Oczywiście, nie można było tego porównać z pensją maszynisty .
Kolej przed wojną była poza tym punktualna nie tylko dlatego, że każdy maszynista dostawał za darmo dobry zegarek do celów służbowych.
Stefek chodził więc do swojej roboty przez raptem dwie uliczki i żyło mu się dość dobrze.
Tego dnia jak zwykle przechodził koło dużego sklepu Srula Nusselbauma. Właściwie nie sklep a jakbyśmy to dzisiaj określili - market w przedwojennym wydaniu.
Znajdowały się tam wszelkie przemysłowe rzeczy: od skarpetek do roweru i aparatu do pieczenia pn. „Czarodziej” – doktora Oetkera.
Jeśli nie było akurat roweru na składzie – Srul ściągał go w terminie jednego tygodnia.
Pytał tylko:
- czy Szhanowny Phan to na phewno khupi ??
Srul stał w drzwiach sklepu i czekał na pierwszego klienta. Pierwszy klient w dniu handlu, był dla starozakonnych ogromnie ważny – byli bardzo przesądni.
Uważali oni, że od tego zależy powodzenie całego dziennego utargu. Często sprzedawali wtedy nawet z niewielkim zyskiem, chcąc tylko „złapać” klienta.
Goje wiedząc o tym, czasem wykorzystywali te ich obyczaje handlowe. Żydzi oczywiście „odbijali” to sobie na innym kliencie, bo kto - jak kto ale oni na handlowaniu, oszukiwaniu, lichwiarstwie – znali się najlepiej ze wszystkim ludzi pod Słońcem, którym Jahwe ogrzewał równo i sprawiedliwie „naród wybrany” i „gojów” także.
- Moje uszhanowanie Szhanownemu Phanu !
Stefek odpowiedział
– dzień dobry panie Nusselbaum, - jak tam interesy?
-Dżękuje Szhanownemu Phanu – niech Wszechmocny da Phanu zdhrowie i całej rhodzinie.
Stefek chciał go wyminąć, ale Srul wyszedł ze schodów sklepu na chodnik i zagrodził mu przejście. Stefek nie chcąc wleźć do rynsztoka - zatrzymał się i spojrzał pytająco na sklepikarza.
- Szhanowny Phanie Sthanicki,
Srul niemal zgiął się w pół - tak że jego atłasowa, czarna mycka znalazła się pod nosem Stefka. Ale jego bystre oczy umieszczone po obu stronach wydatnego, haczykowatego nosa – obserwowały go jak przeciwnika w ringu.
Długie, kręcone pejsy kołysały się po obu stronach twarzy , opadając na czarny wyszmelcowany chałat. Nadawało to twarzy Srula wygląd głodnego sępa – tuż przed obiadem.
- Szhanowny Phanie Sthanicki – powtórzył Nusselbaum
- Nie wiem czy moja stahra głowa sze myli – czy ja moge sze o cosz zapytacz?
Stefek nie odpowiedział i Srul odebrał to jako przyzwolenie.
- czy Szhanowny Phan nie phracuje przyphadkiem na kolei?
Stefek potwierdził.
- Phrosze sze nie obhrazicz, a czy ja mógbym zobaczycz Phana leghitymacje?
- Proszę bardzo – Stefek pokazał mu kolejowy dokument.
- Aj waj, - Aj waj - jaka purzondna leghitymacja, co ja mówie – to sam cymes !!
- I szanowny phan ma tam dobhrą posade i zahrobek?!
- Wystarczy – powiedział Stefek – żeby nie kraść i oszukiwać.
- Rhozumie, rhozumie – ale ostanie słowo i ja już ide do mojego interhesu:
Szhanowny phan taki purzondny urzendnik, osoba państwowa, - a phszephraszam bahrdzo- chodzi Phan ubrany – nie obrażając szhanownego Phana – jak jakisz łapsehrdak...
Ja szhanownego phana w moim sklepie ubiohre tak – że sam kierownik, - co ja mówie – sam dyhrektur kolejowy – bendzie sze phanu kłaniacz.
Stefek uśmiechnął się – doceniając starania Srula:
- „nie mam pieniędzy na takie strojenie”!
Żyd rozłożył szeroko ręce w geście starannie wyreżyserowanego- świętego oburzenia i wniósł oczy do nieba.
- A czy ja cosz mówił o phieniondzach, czy Phan to słyszał, czy ktoś to slyszał na thym Rhynku???!!!
- Szhanowny Phan wejdzie – i tylko zhobaczy. Szhanowny phan nie muszi nic kupowacz. Ja phanu phokaże wszystko co mam w sklepie – a phan sobie pójdzie sphokojnie dalej.
- Ja bahrdzo phrosze szanownego phana...
Żyd zgięty w pałąk stał przy otwartych drzwiach a jego ręce w czarnych zarękawkach pokazywały drogę do wejścia, jednocześnie zagradzając chodnik – jak kolejowy semafor.
Stefek wszedł do ciemnego pomieszczenia, gdzie leżały, wisiały, ogromne ilości ubrań, sukien, materiałów i wszelkich innych towarów. Zapach tych przedmiotów aż kręcił w nosie.
Nusselbaum z zawrotną prędkością, wymijając stojaki i lady – przyniósł cały stos ubrań i płaszczy.
I zaczął z niezwykłą wprawą nakładać to na Stefka , zdejmować i cmokać z zachwytu.
- Aj waj, aj waj .
Garnitur leżał rzeczywiście wspaniale, a płaszcz, elegancki i ciemny – nadawał Stefkowi wygląd amanta filmowego.
- Aj waj – ja nie mogę phana phoznacz. Phan theraz wyglondasz jak dyhrektor. Co ja mówie – jak minister...
- I szanowny Phanie Sthanicki – to wszystko, tylko za jedyne 60 złotych!...
- Za drogo, - powiedział Stefek.
- Szhanowny Phan – ja jeszcze do tego dodaje za dahrmo kapelusz , szalik i rhenkawiczki.
- Za drogo - powtórzył Stefek.
- Moje osthatnie słowo – 55 złotych!!
- Na twarzy Srula malowało się cierpienie człowieka okradzionego przez zbójców na gościńcu.
- Stefek wykręcił się do drzwi i powiedział – nawet nie mam przy sobie tylu pieniędzy.
Nusselbaum błyskawicznie zagrodził mu drogę.
-Phanie Sthanicki!! – ja dhrugi rhaz sze pytam – czy ja sze pytał o phana phieniondze???
- Ja Phanu mówie – niech bhendzie moja sthrata – 50 zloty!!!
- I phan theraz nic nie płacisz!
- Phan tylko mi tu podpiszesz w moim kajecie – że Phan mi tho oddasz... – Co mieszonc – tylko 10 zloty. Ubhranie jest już phana.
Nie czekając na odpowiedź sklepikarz zaczął pakować zakupy w papier.
Stefek nie protestował. W końcu to był dobry interes. I dla niego i sprzedawcy.
Stary Nusselbaum wręczył mu pakunek .
- Polecam sze szhanownemu phanu. Przyjemnego noszenia. I niech szhanowny phan nie zapomina o moim biednym sklepiku – co mieszonc – po wypłacie.
- Do widzenia szhanownemu phanu!
Stefek spłacił dług nie wiadomo kiedy. Za każdym razem Nusselbaum dawał mu na kartce pokwitowanie – na której przybijał jakiś bohomaz – pieczątkę – wyciętą ze szkolnej gumki ołówkowej. Prawie do wybuchu wojny chodził w porządnym płaszczu i garniturze.
Niecałe dwa lata przed wojną musiał zdjąć cywilne ubranie i zamienić go na mundur żołnierza Korpusu Ochrony Pogranicza w Czortkowie na wschodnim krańcu Rzeczpospolitej. Po wojnie – gdy wrócił ze stalagu w Bawarii – ubranie było jeszcze całkiem dobre. Wisiało tylko na nim jak na strachu na wróble.
No cóż, jeniec miał pracować dla potęgi Rzeszy, a jeść tyle – by nie umrzeć.
Martwy niewolnik jest nieprzydatny do niczego.



© Mozets

* imiona i nazwiska zmienione










Stefek i garnitur od Nusselbauma po powrocie
z niewoli
Mozets
Mozets
 
Posty: 31
Dołączył(a): Pn lip 30, 2007 8:02 pm

Re: Rozwadowski Rynek

Postprzez Mozets » Pn wrz 14, 2020 7:52 pm

Jasiek milicjant- obrońca miasteczka Stefka

Jasiek był dużym, zwalistym, młodym chłopem z wioski niedaleko miasteczka. Miał niebieskie oczy i gęstą jak strzecha – jasną czuprynę, poza tym był bardzo silny.
Chodził powoli, mówił powoli i myślał – także powoli.
Z tego powodu na miejscowych festynach nie miał zbyt wielu kolegów – chyba, że wywiązywała się bójka. Wtedy wszyscy chcieli mieć Jaśka w swojej ekipie i po swojej stronie.
Jasiek wtedy – gdy się mu wtedy pokazało kto jest nieprzyjacielem, włączał swoje ramiona – jak potężne cepy i po jego przejściu , na łące przy festynowych deskach, zostawało pobojowisko ciężko poturbowanych. Którzy mieli czelność i odwagę stawić opór Jaśkowi. Po wykonaniu tej pracy, Jasiek był szczodrze częstowany piwem i poklepywany po potężnych plecach – przez swoich mocodawców.
Był wtedy szczęśliwy.
Natomiast drużyna przeciwna wycofywała się w pobliskie krzaki – klnąc i złorzecząc Jaśkowi, oraz źle wspominając wszystkie kobiety w jego rodzinie do 3 pokolenia wstecz.
Z matką włącznie.
Z chwilą zainstalowania w miasteczku nowej władzy robotniczo-chłopskiej , wystąpiło duże zapotrzebowanie na osobników w rodzaju Jaśka – jako pierwszej linii obrony ( i ataku) władzy ludowej.
Osobnicy o inteligencji wyższej od Jaśka, nie nadawali się do takiej roboty i dlatego rezygnowano z ich usług.
Zresztą do kierowania takimi monstrami jak Jasiek, używano innych egzemplarzy. Najczęściej byli to przedstawiciele rdzennej polskiej ludności o charakterystycznych słowiańskich cechach.
Tzn. – byli to bruneci o dużych haczykowatych nosach i mówiący wczesnosłowiańskim slangiem „jidysz”. Posiadali wspaniałe polskie nazwiska jak : Różański, Poznański, Warszawski, Holenderski, Amsterdamski, Krynicki, itp. Wszystkim tym osobnikom (płci męskiej) przydarzył się w dzieciństwie niegroźny wypadek, po którym zostali pozbawieni tzw. napletka.
Złośliwcy twierdzili, ze to pozostałość po chrzcie - przy użyciu scyzoryka.
Do pomocy jako instruktorów mieli także rdzennych Polaków, posługujących się z kolei innym narzeczem z rozkosznym wschodnim zaśpiewem. W piśmie nazywano to cyrylicą.
Zastępy tych instruktorów szkolone były już od 1917 roku i posiadały wysoki poziom wyszkolenia. Planowano ich użycie na terenach polskich już w 1920 roku ale z powodu niechętnego marszałka Piłsudskiego ich etaty uruchomiono dopiero 24 lata później. Straty czasowe nadrabiano zwiększoną gorliwością, i pracą w nadgodzinach. Np. praca w MBP trwała 24 godziny na dobę bez odpoczynku ( dla przesłuchiwanych).
Wszyscy oni kochali naszą wspólną Ojczyznę i w trosce o jej niepodległy byt i szczęście , - wysyłali na Sybir niektórych chorych obywateli, którzy źle pojmowali wierność Ojczyźnie. Do sanatoriów rozmieszczonych po całym dalekim wschodzie przyjaznego i opiekuńczego państwa – CCCP.
Całkowicie bezpłatnie.
Prewentoria organizowane były na miejscu w kopalniach węgla, uranu, oraz kamieniołomach - w najpiękniejszych miejscowościach na terenie całego kraju.
Dla kogo zabrakło miejsca – umieszczano ich w luksusowych piwnicach i lochach Urzędu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Tam stosowano wobec nich najnowsze rodzaje terapii i uzupełniano je grami towarzyskimi jak np.: wyrywanie zbędnych paznokci, polewanie na mrozie zimną wodą, zdrowotne kąpiele w fekaliach, czy niewinne łamanie kości i przypalanie papierosem. Niektórym brakowało w organizmie wielu cennych pierwiastków – jak np. ołowiu. Aplikowano go w jednorazowych dawkach - w tył głowy.
Pomagało to zdecydowanie i chorzy powracali do obiegu użyźniając kąty więziennych podwórek, wysypiska śmieci, nieużytki, okoliczne lasy i bagna.
Niektórzy mieli szczęście zakosztowania kąpieli dezynfekcyjnej w dużych dołach z wapnem palonym - tuż po kuracji ołowiem. Zmieniali się nie do poznania.
Zapotrzebowanie na osobników podobnych do Jaśka było więc olbrzymie, ponieważ niejaki towarzysz Werfel hołdował zasadzie, iż „za mordę nie powinień brać Mosiek -Staśka , a Stasiek – Staśka”.
I do tego nadawali się właśnie bardziej osobnicy pokroju Jaśka – bardziej debile niż inteligenci.
Jasiek dostał więc karabin, kieszeń naboi, mundur i opaskę. Czapkę i i kilka granatów.
Był dumny i czuł się potrzebny.
Miał teraz być autorytetem dla mieszkańców miasteczka – którzy przed wojną uważali go za niedorozwiniętego.
Całe szczęście, że nowa władza poznała się na nim i powierzyła mu zaszczytną funkcję nauczania tej nierozgarniętej ideologicznie ciemnej masy miasteczka nowego , internacjonalistycznego spojrzenia na byt.
Jednak ta ciemnota była nie reformowalna i nic sobie nie robiła z opaski Jaśka, jego pięknego karabinu i blasku bijącego od funkcjonariusza.
Nawet głupkowato się uśmiechali, pukali w czoło, a wyjątkowo niewychowani – nawet pluli na ziemię.
Było to prymitywne chamstwo.
Jasiek nic sobie z tego jednak nie robił, bo wstrętne, sanacyjne, przedwojenne czasy zahartowały go już na tą jawną niesprawiedliwość i krzywdę ludu.
Chodził po rynku miasteczka i sama jego obecność owocowała w sposób zdecydowany o wzroście praworządności na ulicach.
Nie było tylko z kim inteligentnie porozmawiać sobie jak Polak z Polakiem.
Nagabywani nieostrożni kandydaci – natychmiast umykali w pierwszą boczną uliczkę.
Jasiek postanowił więc udać się do miejscowej knajpy na rogu ulicy wylotowej z miasteczka.
Usiadł w samym kącie przy drzwiach. Zauważył, że w jego pobliżu zaraz zrobiło się pusto i wszyscy amatorzy piwa przenieśli się z kuflami w drugi koniec sali.
Jasiek zamówił piwo i czekał nudząc się niemiłosiernie. Postawił karabin w kącie i zaczął bawić się ręcznym granatem, który wyjął zza pasa.
Po chwili stwierdził, że wyciągnął zawleczkę, a dodatkowo dźwignia granatu odskoczyła i spadła na ziemię.
Dał się słyszeć trzask spłonki i nagle w powolnym umyśle Jaśka, jak na przyspieszonym filmie zaczęły jawić się obrazy zapamiętane z czasów okupacji. Pamiętał, że jeśli granat został uruchomiony – to z delikwenta albo zostawały nieruchome strzępy, albo brakowało mu później rąk , nóg i innych części ciała.
Jasiek po raz pierwszy w życiu zrozumiał – że to on szykuje na tej sali coś, na co reszta nie zasługuje. Nawet pomimo, że nie chcieli z nim gadać.
Nakrył więc granat swoim olbrzymim ciałem. Potężny wybuch podrzucił Jaśkiem do góry. A szyby w knajpie wyleciały na ulicę.
I tak skończyła się obiecująca kariera Jaśka jako utrwalacza władzy ludowej. Jaśkowi udała się jednak pośmiertnie rzecz niebywała. Wszyscy uratowani z knajpy – jak jeden mąż przyszli na pogrzeb Jaśka.
I stwierdzili zgodnie: „jednak nie był taki do końca głupi”...
Była to najwyższa pochwała jaka go spotkała , mimo że za późno.
I niestety nie mógł się nią choć trochę - podelektować...



© M. Mozets
Mozets
Mozets
 
Posty: 31
Dołączył(a): Pn lip 30, 2007 8:02 pm

Re: Rozwadowski Rynek

Postprzez Mozets » Pn wrz 14, 2020 7:53 pm

Stefek antysemita

Stefek był już sporym podrostkiem. Kończył gimnazjum. Nawet zaczynał z dużą pewnością siebie zaczepiać większe i mniejsze od siebie panienki z miasteczka. Jego ojciec oprócz restauracji prowadził również sklep z bronią. Stefek miał ogromny zapał do tej dyscypliny – to jest strzelania. Ojciec, co prawda nie dawał mu do ręki strzelby, rewolweru lub karabinu, ale często Stefek dostawał od ojca niegroźny małokalibrowy Flobert i garść maleńkich naboi. Mogły one wyrządzić krzywdę, – ale Stefek przestrzegał zasad bezpieczeństwa. Strzelał tylko na ogrodzie w kierunku szop na krańcu ogrodu. Niemożliwe było, by nabój o tak małej energii potrafił przebić ściany z desek i razić kogoś na ulicy za szopami. Te treningi znakomicie wyrobiły mu oko i rękę. Tak, że będąc żołnierzem KOP-u w Czortkowie na Ukrainie, tuż przed II wojną - zbierał wszystkie nagrody i odznaki za wyjątkowo celne strzelanie. Zaczął od sznurów strzeleckich, łącznie z pomponami, urlopów nagrodowych i odznaki strzeleckiej a skończył na srebrnym zegarku z ręcznie grawerowaną dedykacją i podobizną marszałka Piłsudskiego na kopercie.
Stefek tego dnia jak zwykle ostrzelał szopę i wlazł na strych szukając ciekawego celu. Wchodząc po zewnętrznym krużganku - podeście na I piętrze, zauważył u sąsiada w ogrodzie namiot zrobiony z gałęzi. Jego starozakonny sąsiad właśnie świętował Święto Namiotów. Był to bardzo poczciwy żyd, łagodny i niezbyt bogaty. Miał sklepik ze słodyczami tuż obok restauracji ojca Stefka. Stefek robił czasem za szabesgoja, gdy trzeba było zapalić ogień pod kuchnią u sąsiada, ( aby podgrzać przygotowany posiłek), który nie mógł tego zrobić sam. Bo PRAWO zabraniało tego robić własnoręcznie. Wszelkie potępienie spadało w sposób oczywisty na goja – Stefka. Który jednak niewiele się tym przejmował, a sklepikarz dawał mu za to 5 groszy lub czekoladkę.
Ojciec Stefka w tym dniu wyrabiał kaszanki do restauracji. W dużym pomieszczeniu za restauracją stała na stole spora miednica z krwią. W ciemnym pomieszczeniu krew wydawała się zupełnie czarna. Stefek wiedział, że starozakonni bardzo boją się krwi, a w głowie zawsze miał figle. Zszedł na dół i w dużą szprycę masarską naciągnął prawie 3 litry krwi. Poszedł na górny krużganek i wypuścił celnie całą zawartość w kierunku namiotu sąsiada. Dał się słyszeć przerażający wrzask z namiotu – jakby ktoś został przebity bagnetem na wylot, ale Stefek nie czekał i nie cieszył oczu widokiem swojego żartu. W jego pojęciu – przedniego.
Szybko zbiegł do kuchni i odłożył szprycę na swoje miejsce.
Niewinnie zabrał Flobert spod ściany i dalej strzelał w tarczę zawieszoną na szopie.
Od frontu domu dobiegał donośny lament:
- Szhanowny Phanie Sthanicki!!! Szhanowny Phanie Sthanicki!!!
Ojciec Stefka wyszedł na ulicę i zobaczył straszny widok. Sąsiad cały ociekał krwią i ojciec Stefka, mimo, że był na I wojnie – niemal zasłabł od tego widoku.
- Co się panu stało???!!! - pytał rozpaczającego żyda.
Oglądał go dokładnie i nie było widać żadnej rany.
- To ten pana syn Stefcio – on jest okhrrropny webus, ja sziedział w kucki w swoim namiocie a on mnie oblał. Niech phan zhobaczy wszendzie kref...kref... kref...!!!

- Stefek!!!
Stefek z udawanym zdziwieniem na twarzy i Flobertem w ręce, stanął niezwłocznie w drzwiach.
Ojciec spojrzał na jego ręce. Były na nich wyraźne ślady krwi.
Ojciec odebrał mu broń i kazał mu przynieść z kąta bambusową tyczkę długości około metra i grubości 3 palców.
Stefek bez zaproszenia opuścił spodnie, włożył głowę pod oparcie krzesła, a goły tyłek wypiął podciągając kolana pod siedzisko.
To był ustalony rytuał i Stefek miał to wielokrotnie przećwiczone.
Ostatni punkt to było wymierzenie sobie samemu - ilości uderzeń. Ojciec Stefka mógł albo zatwierdzić tę liczbę albo dodać coś jeszcze od siebie.
Obniżek nie było nigdy – nawet jak delikwent potraktował się zbyt surowo. Plan musiał być wykonany, co do joty.
Stefek wykręcając, więc w bok głowę na pytanie: „ile?” Z rezygnacją na twarzy wystękał:
- „dziesięć” ???...
-Zgoda –zatwierdził ojciec Stefka.
Ojciec Stefka był bardzo wysokim, szczupłym, żylastym i silnym mężczyzną. Dodatkowo wymierzając karę miał serce z kamienia i tylko coś wyjątkowego mogło zatrzymać jego rękę.
Egzekutor wziął potężny zamach i bambusowa pałka ze świstem opadła na chudy tyłek Stefka. Stefek tylko stęknął jak koń kopnięty w brzuch i w myśli policzył:
„jeszcze TYLKO dziewięć...”
Na tyłku Stefka pojawiła się krwista pręga, która wieczorem robiła się niebieskawa, na drugi dzień – granatowa z żółto-zieloną obwódką.
Ojciec Stefka sapnąwszy z wysiłku potwierdził: „raz”!
Żyd przerażony tym widowiskiem złapał się za głowę i zaczął krzyczeć:
-Phanie Sthanicki – ja pana bahrdzo phrosze – niech go pan tak sthrasznie nie bije, un jeszcze zemgleje albo umrze!
Ojciec Stefka wyciągnął 5 zł z kieszeni i dał sąsiadowi:
- „panie Rozekranz – niech pan weźmie i idzie do mykwy się umyć!
- „phanie Sthanicki ja nie chce żadnych phieniendzy- tylko niech go pan puści!
Ojciec Stefka w odpowiedzi wziął jeszcze potężniejszy zamach i bidne siedzenie Stefka wydało kolejne klaśnięcie – a płuca burczące stęknięcie.
- „dwa”!
Żyd schował 5 zł ( srebrne) do chałatu ( była to spora suma – w jego sklepie 20 srebrne grosze kosztowała duża szwajcarska czekolada) złapał się za głowę i z krzykiem uciekł na ulicę :
-„Aj waj, Aj waj” ! – dobhry phanie Boże, po co ja się skahrżył , un to dziecko zabije... Aj waj, aj waj!!!
Ojciec Stefka wykonał plan w 100% i zmęczony wytarł spocone czoło kraciastą chustką. Rzucił bambus pod nos Stefkowi i poszedł do restauracji napić się piwa.
Stefek wisiał jeszcze na krześle jak zmięta szmata przez parę minut.
Zwlókł się – ostrożnie podciągnął spodnie i zapiął szelki. Siedzenie pulsowało jak magma w kraterze wulkanu. Podniósł bambusowy kij i odniósł na swoje miejsce w kuchni.
Należało to do obowiązków ukaranego.

© M.Mozets
Mozets
Mozets
 
Posty: 31
Dołączył(a): Pn lip 30, 2007 8:02 pm

Re: Rozwadowski Rynek

Postprzez Mozets » Pn wrz 14, 2020 7:55 pm

Si-bir ( Śpiąca –Ziemia)

W roku 1979 w Lądku Zdroju poznałem starszego mężczyznę w wieku ponad 70 lat. Wysoki, silny, postawny. Mogę zdradzić jego nazwisko. Nie żyje już od lat i nie miał żadnej rodziny. We wrześniu 1939 Rosjanie wkroczyli do Lwowa – gdy był świeżo po studiach prawniczych na Uniwersytecie Jana Kazimierza. Zabrano go z ulicy w letnim prochowcu ( lato było gorące) – jego narzeczona została zastrzelona tego samego dnia . Broniła się na ulicy przed zalotami krasnoarmiejca i została zabita. Stefana Derżko dołączono do transportu i bydlęcym wagonem dotarł do miejscowości Matygino w głębi Rosji. Relacje jakie ten człowiek mi przekazał poprzedziły wielogodzinne rozmowy – jakie z racji pobytu w uzdrowisku – prowadziliśmy na spacerach po okolicy. Nabrał do mnie zaufania i opowiedział mi swoją historię. Historię Sybiraka, prawnika – drwala w tajdze. W Matygino osadzono go w więzieniu – starej twierdzy. Cela z betonową posadzką, okienko bez szyby, bez ogrzewania i bez jakiegokolwiek posłania i przykrycia. W letnim płaszczu przebywał tam do lutego – śpiąc na betonie. Dostał martwicy pośladków – od mroźnego betonu.
W największe mrozy, ( w Matki Boskiej Gromnicznej) –załadowano go do dużego transportu kolejowego i wyruszyli na spotkanie Sybiru. Podróż była straszna. Na 3 dzień wstawiono im do wagonów żelazne piecyki na drewno. Mężczyźni wyrwali w podłodze otwór. Nieduży - co wartownicy tolerowali. To była toaleta. Gdy załatwiały się kobiety – mężczyźni stawali tyłem. Zresztą w wagonach robiło się luźno. Codziennie wygarniano z nich trupy słabszych i wyrzucano po prostu w śnieg przy torach. „Zamarzajut polskije sabaki” – stwierdzali strażnicy , z obrzydzeniem wygrużając sztywne ciała z wagonów. Dzikie zwierzęta po odjeździe eszelonu czyściły teren do kosteczki. Ustalono, że płaszcze i kożuchy jakie mieli niektórzy zmarli – będą służyć żywym. I tak więzień Derżko wyfasował stary, ale ciepły kożuch po zmarłym koledze. 4 dnia dano im gorącej wody (kipiatok) i solone śledzie. Całe szczęście, że do wagonu wpadały tumany śniegu i było czym ugasić pragnienie. Nie wie ile dni jechał. Ale nie krócej niż 3 tygodnie. W środku olbrzymiej tajgi transport zatrzymał się. Krasnoarmiejcy pomagając sobie karabinami i bagnetami – wygarniali wychudłych, sczerniałych – ledwie chodzących ludzi na nasyp kolejowy – skąd staczali się w dół , w głęboki śnieg przy sosnach. Z całego transportu przeżyła ponad połowa. Uformowani w długi wąż brnęli w tajgę – zatrzymując się – gdy strażnicy ( ośmiu na blisko 300 osób) pozwolili. Jedna z kobiet odeszła kilka kroków – by się załatwić. Krasnoarmiejec o twarzy Mongoła – zastrzelił ją – za próbę ucieczki.
Należało więźniów maksymalnie upodlić – by załatwiali się jak zwierzęta – czyli tam gdzie stoją i w grupie. Tym Rosjanie różnili się od Niemców . Ci pierwsi zabijali równie bezwzględnie. Natomiast Rosjanie przed śmiercią musieli jeszcze ofiarę upodlić. I tym generalnie różniła się cywilizacja zachodnia od azjatyckiej.
Pod wieczór żołnierze ni stąd ni zowąd zatrzymali pochód i stwierdzili: „Tut budietie żywiot”. Zresztą co za różnica - 5, 10, czy 50 kilometrów dalej, - było tak samo.
I doradzili – że kto nie zrobi sobie jakiegoś ukrycia na noc - nie przeżyje. W nocy będzie kilkadziesiąt stopni mrozu. Jedynym pocieszeniem był zupełny brak wiatru. Przy dużych mrozach ślina po splunięciu – zamarzała w bryłkę lodu – tuż nad ziemią. Po strasznej nocy – nastał pierwszy poranek w tajdze. Znowu ubyło kilkanaście osób. Przyjechał duży ciągnik wlokący olbrzymie sanie. Były tam piły, siekiery, łomy , oskardy i masa pustych beczek po paliwie. W zamarzniętej ziemi drążyli ziemianki na 5-6 osób. Nakrywali to balami ściętych sosen, ziemią, igliwiem , mchem. W środku ustawiano beczkę po paliwie - w której palono drewnem. Tej jednej rzeczy – nie brakowało na tysiącach kilometrów tajgi. Nikt nie próbował uciekać. Bo nie przebyłby pieszo tysiąca kilometrów. I zwierzęta tajgi –same wymierzyłyby mu wyrok. Zresztą nie mieli nawet pojęcia gdzie są.
I tak mijały lata. Od rana do zmroku ścinali drzewa. Czasem na wysokości piersi – gdy śnieg był tak wysoki. Kto wyrobił normę - dostawał przydział chleba. Normę zmniejszano stosownie do spadku wydajności. Często kończyło się to zagłodzeniem
i śmiercią – bo coraz słabszy i niedożywiony drwal – po prostu umierał. Tak po prostu gasł w oczach. I cicho odchodził. Leczyli się sami - w zimie najczęściej herbatą z igliwia. Zima trwała 9 miesięcy. W krótkim okresie „wiosny i lata” –zbierali zioła i jagody. Stefan Derżko opowiadał mi, że przez wszystkie te lata spędzone w tajdze tj. przez 18 lat – nigdy nie przespał całej nocy w ziemiance. Kto tak robił i wychodził rano na mróz – nabawiał się choroby płuc zwanej suchotami. I szybko umierał. Dlatego trzeba było co parę godzin wyjść w noc na mróz i przynajmniej raz obejść ziemiankę dookoła. I tak przez kilkanaście lat katorgi. W miejsce zmarłych z chorób i wycieńczenia – przychodziły nowe transporty.
Sowiety wchłaniały każdą ilość drewna jaką chodzące trupy były w stanie dostarczyć na bocznicę. „Nowi” dostarczali szczątkowych wiadomości ze świata. Na początku 1954 roku chodziły słuchy, że wojna się skończyła. Ale nikt w to nie wierzył. Co jakiś czas ktoś był wzywany do komendanta obozu i znikał. Wszyscy myśleli – że był likwidowany. Stefan Derżko został wezwany do Komendanta na wiosnę 1957r. oddał kolegom wszystko co miał – łącznie z kożuchem zmarłego kolegi. Nie sądził by na drugim świecie był mu on potrzebny.
Komendant wypytywał go o wszystko – z lat przedwojennych. Następnie powiedział ,że Hiltler kaput, jest nowa Polsza. On ma jechać do Krakowa – do Nowej Huty. Tam dostanie mieszkanie, będzie przeszkolony na maszynach liczących i będzie pracował w Hucie. Podpisał zobowiązanie, że bez zgody władz sowieckich nie zmieni miejsca zamieszkania , ani nie powie o niczym co widział i słyszał od 1939 roku od aresztowania. Powiedzieli mu ,że jeśli nie dotrzyma słowa –znajdą go wszędzie. Nie ucieknie nawet za granicą. Że mają swoich ludzi na całym świecie. Dostał ciepłe ubranie, worek z jedzeniem , propusk – pismo od władz NKWD obozu – gdzie jedzie i po co. Pismo to było wówczas cenniejsze od najlepszego paszportu na świecie. Strażnik wyprowadził go w tajgę , odwiózł do torów kolejowych i przekazał na pierwszy pociąg jadący na zachód. Człowiek ten opowiadał mi wiele rzeczy strasznych i nieprawdopodobnych – których nawet nie jestem w stanie powtórzyć . Mówiły one o okropnym życiu w tajdze. Szykanach wartowników. Głodzie chorobach i mrozie. Mówił także , że widział tam niesamowite rzeczy – o których nie powie mi nigdy. Chyba ,że leżałby już w grobie i wiedział, że zaraz umrze. To mówił człowiek wykształcony, po wyższych studiach , dzielny i odważny, odporny na straszne trudy. I nigdy mi już nie powiedział o co chodziło. Być może Rosjanie robili z nimi jakieś nieludzkie doświadczenia. Medyczne i nie tylko. Z udziałem ludzi i zwierząt. By udowodnić teorię Darwina. Słyszałem to od jednego Sybiraka. Ale to są domysły. Nie podaję tego za fakty. Prawie na pewno karmiono świnie zwłokami więźniów. Być może jedli trupy. Nie wiem.
Stefan Derżko do roku 1980 – dalej mieszkał jako emeryt w mieszkanku w Nowej Hucie , które przydzieliło mu NKWD. Odwiedziłem go tam. To było niedaleko placu na którym stał Lenin z oberwaną wybuchem piętą. Nie założył rodziny. Zmarł samotnie.
Do ostatniego dnia życia wierzył we wszechmoc potężnego NKWD, GRU i KGB.

© Marek Mozets
Mozets
Mozets
 
Posty: 31
Dołączył(a): Pn lip 30, 2007 8:02 pm

Re: Rozwadowski Rynek

Postprzez Mozets » Pn wrz 14, 2020 8:00 pm

Synowi Stefka umiera dziadzio
Najstarszy syn Stefka – Karolek - uczeń I klasy Szkoły Podstawowej wrócił do domu z ogromnym płaczem. Jego matka nie była w stanie wydobyć z niego powodu płaczu. Całe ubranko miał niemal mokre z przodu od łez i ściskał coś kurczowo w zaciśniętej piąstce. W końcu poprzez szloch wyznał – że:
- umarł dziadzio.
Z kolei jak usłyszał to jego młodszy brat- Mareczek – dołączył do niego w spazmach – bo bardzo lubił dziadka. Matce wreszcie udało się rozchylić zaciśnięte paluszki i wydobyła z piąstki – rozmoczoną od łez landrynkę. Dowiedziała się też, że to od dziadzia – który umarł. Zgłupiała zupełnie ale ciągle dopytywała się skąd o tym wie. Karolek wyznał – dalej szlochając ale już spokojniej, że mówiono o tym na zebraniu w szkole. Każdemu dziecku dano po 1 landrynce od "dziadzia". Matce wydało się to ogromnie podejrzane – bo gdzież by tam w szkole przejmowano się śmiercią jej ojca, który był zwykłym skromnym szewcem. Matka pobiegła na ul. Szewską do swoich rodziców sprawdzić czy to prawda, czy jej ojciec ( dziadzio Mareczka ) żyje. Na mieście ludzie zachowywali się dziwnie. Ale Stefkowa biegła i nie zwracała uwagi na spłoszone spojrzenia ludzi, ciche rozmowy. Ludzie bali się okazywać radość z tego powodu. Tylko późniejszej noblistce i kilku innym chwalcom komunizmu krwawiły serca – czemu dawali upust, tworząc ohydne, płaszczące się, koszmarne stworki. Dziadek Augustyn jak się okazało – wcale nie umarł i stukał sobie spokojnie buty na kopycie. Matka spuściła bratu lanie za kłamstwo i konfabulację. Radia jeszcze Stefek nie posiadał – było bardzo drogie. Poza tym niedawno dopiero przestali w domu świecić naftówką – a u sufitu wisiała duża mocna żarówka. Gazet Stefkowa nie kupowała, bo szkoda było pieniędzy. Nie mówiąc, że z ich łam wylewała się komunistyczna, tępa propaganda i kłamstwa. Stąd Stefkowa nie wiedziała co się dzieje w świecie. Miary dopełnił ojciec, który wracając z pracy, już w sieni cieszył się jak dziecko:
- żono – ten stary zbrodniarz, baćka Soso – wyciągnął wreszcie kopyta!!
Matka Mareczka miała już zupełnie dość.
- „ja chyba zwariuję – najpierw ten mały oszust – teraz ten stary coś wymyśla.”
Wreszcie ojciec Mareczka wyjaśnił sprawę. Umarł nie dziadzio Augustyn - a dziadzio Josif Wissarionowicz Dżugaszwilli - ksywa "Stalin". Słońce narodu radzieckiego i priwislinskoj strany. Wujek Soso. Cały naród miał obowiązek rozpaczać i rwać włosy z głowy. Poeci i pisarze pisali ściskające serce panegiryki i żałobne wiernopoddańcze stworki.
-„Świat cały osiwiał z bólu” donosił poeta Ważyk.
Stefek jednak, były niemiecki jeniec wojenny stalagu ( Nurnberg) i powojenny więzień UB i NKWD w miasteczku - był uradowany jak nigdy. I nie miał zamiaru siwieć z tego powodu. Nie rozumieliśmy tego zupełnie. Jakkolwiek dziadzio Augustyn żył ale przecież jakiś dziadzio umarł. Dopiero po latach zrozumieliśmy, jaka to tragedia dotknęła Polskę i inne kraje demoludów. I dlaczego jedni cieszą się z tego a inni – płaczą.
Dla małego umysłu dziecka było to jednak nie do pojęcia.
Chyba dlatego – że dzieci nie potrafią kłamać, tak jak dorośli. Jak mawiają kochani bracia Ukraińcy:
-„ditina a pjanije – prawdu howoriat”.
Stefek był pijany szczęściem.
W roku jeszcze 57 siostra Mareczka z młodszym bratem wyśpiewywała z obowiązkowego śpiewnika do klasy III piosenkę dla młodzieży i dzieci szkolnych:

Stalin wszystkich bojów naszą chwałą
Stalin to młodości naszej blask
Ze Stalinem walcząc zwyciężając
Za Stalinem idzie naród nasz...

(I jeszcze kilka zwrotek w podobnym stylu...)



© Marek Mozets
Mozets
Mozets
 
Posty: 31
Dołączył(a): Pn lip 30, 2007 8:02 pm

Re: Rozwadowski Rynek

Postprzez Mozets » Pn wrz 14, 2020 8:03 pm


Syn Stefka idzie do szkoły


Młodszy syn Stefka został pierwszoklasistą. Ojciec zaprowadził go pierwszy raz do szkoły i pokazał mu jaką drogą ma chodzić i wracać. Dłuższa droga prowadziła przez Rynek miasteczka. Krótsza - z Rynku, wiodła wąską uliczką, do dziury w płocie ogrodzenia szkolnego. Za którym było gliniaste boisko do gry w piłkę.
Droga była krótsza, lecz czasem po wąziutkiej uliczce włóczyły się kundle. Wtedy trzeba było ocenić – czy wyglądają przyjaźnie czy też są agresywne. Gdy było całe stado – mały Marek nie decydował się na skrót i szedł główną drogą. Po której wówczas rzadko kiedy jeździł samochód. Raczej konny zaprzęg był częstym widokiem.
Konna budka rozwożąca pieczywo lub pocztę. Chłopski zaprzęg ciągnący mocno obładowany węglem lub drewnem wóz na drewnianych kołach. Wreszcie budzący grozę karawan, ze srebrnymi aniołkami, ciągniony przez dwa czarne konie. Zaś wóz z gumowymi, pompowanymi kołami, budził zainteresowanie – jak dzisiaj nowy model jakiegoś lepszego samochodu. Taka fura była rzadkością i kosztowała spore pieniądze. Konie ciągnęły ją bez większego wysiłku. Droga z bazaltowej kostki układanej w regularne , łukowate wzory - wiodła do niedalekiego większego miasta, w którym Marek jeszcze nigdy nie był. Za wyjątkiem pobytu w nowym szpitalu miejskim – gdy miał 5 lat. Laryngolog wycinał mu coś niepotrzebnego w jamie nosowej. Przez co Marek nie mógł dobrze oddychać, szczególnie w nocy. W połowie operacji obudził się; widocznie narkoza podawana wtedy wprost na nos z butelki z eterem, była za słaba. Ujrzał w lustrze lampy jakieś błyszczące rusztowanie z niklowanej stali w ustach. I przerażającą twarz chirurga w masce operacyjnej, z jakimiś szczypcami – kleszczami w rękach. Pielęgniarka szybko „nakapała” mu dodatkową ilość eteru na koszyczek przy nosie i Marek z powrotem zapadł w czarną dziurę. Był w pięknym, nowym szpitalu już drugi dzień – ale nie był jeszcze w toalecie - bo nie wiedział jak z niej skorzystać. Wiedział które drzwi są do toalety, ale co chwilę wchodzili tam dorośli i Mareczek bał się wchodzić. Myślał, że jak u niego w miasteczku jest to coś w rodzaju wychodka. Do którego może wejść tylko jedna osoba. Starsi mieli bezwzględne pierwszeństwo, wg jego pojęć i wychowania. Wreszcie po kilku godzinach obserwacji drzwi od toalety, i nieznośnego ciśnienia w dole brzucha - nie wytrzymał. I wykorzystał stojący obok kosz na śmieci – do celów niezgodnych z pierwotnym przeznaczeniem. Dzieci na sali, oczywiście widziały wszystko i gdy pielęgniarka zauważyła podejrzaną kałużę koło kosza – zaraz wszystkie małe rączki wskazały z łóżeczek z siatką - na wystraszonego śledztwem Mareczka. Który schował się pod kołderkę i widać mu było tylko przerażone oczy. Piguła wzięła go do łazienki i wyjaśniła, że jest tam kilka kabin z muszlami i sznurkami do spuszczania wody. Przy okazji wykąpała go w bielutkiej wannie – bo miał jeszcze ślady krwi po operacji na szyi i piersiach. Tak wyemancypowany Mareczek powrócił czyściutki i pachnący mydłem na salę. Całymi dniami obserwował z okna, jak za olbrzymimi stawami na wzgórzu - w lesie, jeździ do góry i na dół spadochron wieży spadochronowej. Było to fascynujące przeżycie. Po stawach pływali ludzie na łódkach. Pierwsze miesiące w szkole minęły szybko i nastała zima. W klasie było ponad 30 dzieci. Toalety były na podwórku - w stylu koszarowych czarnych "ścian płaczu" dla chłopców i betonowych otworów w posadzce. W zimie w klasie było zimno.
Dzieci siedziały na lekcjach w płaszczach i czapkach - jak był duży mróz.
W klasach były piece kaflowe. Tym co siedzieli koło pieca było ciepło. Kilka ławek dalej było już zimno. Podłogi w klasach były z desek, nasączanych terem . Mazistą, czarną substancją ropopochodną, o intensywnym zapachu podkładów kolejowych. Nauczycielką od „wszystkiego” była młoda i miła nauczycielka. Dyrektor szkoły mieszkał w budynku szkolnym wraz z rodziną; w tym z synem – kilkunastoletnim chłopcem, z którym lepiej było nie zaczynać. Tego dnia mały Mareczek ubrał się wcześnie – by czasem nie spóźnić się na zajęcia. Umiał już odczytać godzinę na dużym budziku stojącym w kuchni na stole. Budzik miał obudowę z niklowanej blachy , duże czarne cyfry na tarczy i dzwonił bardzo głośno dwoma dzwonkami , w kształcie odwróconych miseczek. Mareczek ubierał się po cichutku – bo w domu po nocnej zmianie spał ojciec. Wyłączył wcześniej dzwonek budzika specjalnym wichajstrem – by alarm dzwonka nie obudził ojca. Ojciec nie był człowiekiem – do którego Mareczek garnąłby się z otwartymi ramionkami. Mężczyzna był surowy i Mareczek trochę się go bał. Chłopiec był drobnym malutkim człowieczkiem w ciepłym, szarym płaszczyku sukiennym.
Ubrał krótkie spodenki na szelkach pod którymi miał podwójne, grube „patentowe” pończochy na tzw. "halterach", ( gumowych szelkach). Na nogach 2 pary wełnianych skarpet i zimowe olbrzymie trzewiki. Na wierzch płaszczyk zimowy z kołnierzem z baraniego, czarnego futerka. Wyglądał jak Chaplin w mini-wydaniu. Tak ubrana chodziła wówczas większość dzieci. Długie spodnie przeważnie otrzymywało się w 7 - ostatniej klasie szkoły podstawowej. Ubrał też ciepłą czapkę również podbitą baranim futerkiem. Umiał już zawiązywać sznurówki, ale nie potrafił zapiąć klamry paska od płaszczyka. Przez którą trzeba było przewlec z dużym wysiłkiem sukienny, gruby pasek.
Bał się jednak obudzić ojca. Popatrzył na budzik, który głośno, miarowo stukotał na stole – jakby miał zamiar maszerować na defiladzie. Było jeszcze dużo czasu – stał więc przy łóżku nieruchomo i starał się oddychać jak najciszej. Ojciec poruszył się i spojrzał na niego. Domyślił się, że ma on kłopot ( nie pierwszy raz) z klamrą od płaszcza. Sprawnie zacisnął mu pasek i przewrócił się ponownie twarzą do ściany. Mareczek po cichutku zabrał teczkę z zeszytami i elementarzem. Delikatnie zamknął drzwi od mieszkania i potem drugie z długiej sieni na pole. Był piękny, śnieżny dzień - nieduży mróz. Niebo zasłonięte niebieskimi chmurami, które zwiastowały dalsze opady śniegu. Podskakiwał w swoich czaplinowskich buciorkach i ślizgał się na oblodzonych ścieżkach – błyszczących co i rusz, jak podłużne lusterka w udeptanym śniegu na chodnikach.
Minął Rynek i pompę, z której zwieszały się zamarznięte lodowe warkocze . Obok leżały wyrzucone z wiader zamarznięte, lodowe kloce – jak kryształowe, olbrzymie babki.
Na podwórku szkolnym nie było jeszcze nikogo z kolegów. Do przerwy było sporo czasu. Nie wchodził więc na korytarz – by woźny go czasem nie przegonił ( co tam robi w czasie lekcji). Dla rozgrzania nóg przytupywał i robił po kilka kroków. Zauważył, że po terenie przylegającym do budynku, na wysokich wzgórkach, które kryły duże kopce z ziemniakami -biega jak szalony syn dyrektora szkoły.
Zauważył malucha, owinął kamień w śniegową kulę i z dużej odległości udało mu się trafić pierwszoklasistę prosto w nos.
Bo się na niego gapił i to go zdenerwowało.
Mały nosek został dosłownie zmiażdżony.
Mareczek stał tak - ogłupiały z bólu z masywnym krwotokiem z nosa, aż jakaś nauczycielka zaprowadziła go do ośrodka zdrowia, do doktora Szanka. Lekarz poskładał mu jakoś nieszczęsny nos, włożył do dziurek tampony z ligniny i odesłał do domu. W szkole zarządzono śledztwo. Gdy zapytano malca, kto to zrobił - bez wahania wskazał na syna dyrektora. Ten zaprzeczył i spoza areopagu nauczycieli pokazywał Mareczkowi, że stłucze go na kwaśne jabłko.
Dla zobrazowania zemsty – stukał się zaciśniętą pięścią pod brodę. Dyrektor powiedział, że jeśli uczeń I klasy będzie tak dalej bezczelnie kłamał, obniży mu sprawowanie. Ojciec Mareczka protestował - ale nic nie wskórał.
Gdy Marek był w III klasie szkoły podstawowej, jego ojciec otrzymał piękne mieszkanie w pobliskim mieście. Mareczek trafił do nowej szkoły w której było także Liceum o dumnej nazwie „44”. Nową panią wychowawczynią była starsza kobieta. Siwa , duża, gruba i bardzo silna. Surowa jak sierżant w wojsku. Dyscyplina w tej szkole przypominała koszary wojskowe. Uczniowie siedzieli nieruchomo w ławkach po trzech. Cały czas musieli mieć ręce za plecami i plecy przyciśnięte do tylnego oparcia z desek. Nie wolno było rozmawiać, patrzeć należało na nauczyciela. Chyba, że pisali w zeszycie, lub czytali z podręcznika. Nie pytani – nie odzywali się. W klasie było cicho jak makiem zasiał. Dyscyplina jak w obozie. W czasie odpowiedzi należało stanąć koło ławki na baczność i mówić bez jąkania głośno i wyraźnie. Gdy ktoś popełnił wykroczenie ( np. rozmawiał w ławce) musiał podejść do tablicy , kładziony był na ławce i bity wiązką kijków od chorągiewek 1-majowych, które stały wbite w doniczki z kwiatami. Kijki nie były takie jak patyczki od lizaków - ale solidne kije znad Sanu wycięte z faszyny przybrzeżnej ( wikliny). Nikt się nawet nie przyznawał do tego w domu - bo ojciec by poprawił.
Było to z reguły kilka , kilkanaście uderzeń z całej pedagogicznej siły.
Pani po egzekucji była spocona, zadyszana i czerwona na twarzy.
Nad tablicą wisiały 3 portrety.
Gomułki - z końską, długą twarzą, łysego jak kolano Cyrankiewicza i Spychalskiego – w mundurze marszałka.
Mareczek darzył zainteresowaniem tylko świętego w mundurze.
Łysy Cyrankiewicz wydawał mu się groźny. Od dziecka Mareczek miał zainteresowania mundurem i bronią. Jako trzyletni malec wykorzystywał wszystko co było podobne do rewolweru i naśladując ładowanie magazynka groźnie celował ( nawet ze wskazującego palca dłoni) w stronę potencjalnych wrogów.
I dziarsko pokrzykiwał:
- „kolka, kolka, - buch!buch!buch!”
Co oznaczało:
- „kulka, kulka ( naboje ładowane do bębna broni) i dalej buch, buch – czyli wystrzały.
1 maja wszystkie dzieci miały obowiązek brać udział w pochodzie. Dzień wcześniej ulicami miasta przechodzili wieczorem , wraz z całą szkołą w capstrzyku. Starsi uczniowie nieśli na długich kijach płonące kaganki wypełnione pakułami i naftą. Wszyscy skandowali antykapitalistyczne, buńczuczne hasła, podawane przez jedną wysoko upartyjnioną nauczycielkę ( spełniającą rolę „zapiewajły”).
Przypominało to niemieckie partaitagi z czasów niemieckich, przed II wojną.
W Boże Ciało zaś, by dzieci nie szły na procesję – pod szkołę zajeżdżały ciężarowe samochody z pobliskiej Huty. Miały ławki w poprzek skrzyń i przykryte były plandeką.
Wszystkie dzieci wywożone były daleko od miasta, kilkadziesiąt kilometrów - w Góry Pieprzowe, gdzie pół dnia włóczyły się po chaszczach i zaroślach. Na obiad przywożono je z powrotem do miasta. Dzieci , które nie były na capstrzyku, pochodzie 1-majowym lub na obowiązkowej wycieczce – musiały przynieść na piśmie usprawiedliwienie od rodziców.
Nie zdarzało się, by rodzice podawali rzeczywiste powody ( rzadkie) nieobecności. Mogło to działać w dwie strony. Szykany ponosiło wtedy dziecko i tato w pracy. Matki prawie wszystkie, nie pracowały w tych czasach zawodowo. Zajmowały się domem i dziećmi. I te miłe wspomnienia obecności matki, zadbanego domu, smacznych obiadów i matczynego spokoju zostały mu do końca życia.


© Marek Mozets
Mozets
Mozets
 
Posty: 31
Dołączył(a): Pn lip 30, 2007 8:02 pm

Re: Rozwadowski Rynek

Postprzez Mozets » Pn wrz 14, 2020 8:05 pm

Antoni – krewny Stefka

Antoni był dalekim krewnym Stefka. Właściwie trudno to nazwać pokrewieństwem – raczej powinowactwem. Gdyż Antoni był mężem siostry - teściowej Stefka. Ale jakby na to nie patrzeć – był w kręgu rodziny.
Był to bardzo poczciwy i pracowity człowiek . Łagodny i szlachetny. Żyli sobie spokojnie na przedmieściu Lublina , gdzie przeżyli ostatnie lata okupacji . Antoni , tak jak i przed wojną , od pierwszych dni „wyzwolenia” i zainstalowania się w Lublinie stalinowskiej forpoczty nowej władzy – pracował w niewielkiej fabryczce pasty do butów. W czasie wojny zarządzali nią Niemcy – a później pieczę nad nią i jej pracownikami przejęła władza ludowa.
Sekretarz PPR-u w tej pachnącej szuwaksem wytwórni chciał być równie elegancki jak byli właściciele. To znaczy , chciał by wszyscy byli szczęśliwi.
Więc postanowił, że wszyscy robotnicy z fabryczki powinni również wstąpić do PPR-u.
Antoni opierał się jak mógł, ale było to jedyne źródło utrzymania, jego i całej rodziny. Tj. żony, córki, a tu jeszcze pojawił się z końcem wojny mały szkrab – przemiły i śliczny chłopczyk.
Antoni wiedział, że jeśli będzie ostatnim „nie zrzeszonym” – to straci pracę i trzeba będzie gryźć kamienie. Czasy były ciężkie. Antoni nie miał charakteru Stefka , który gdy mu zaproponowano zaszczytne miano „towarzysza” – o mało nie pobił proponującego mu to kierownika.
Stefka uznano za wariata i dano mu spokój. A, że wykonywał wzorowo swoją pracę – postanowiono go więcej nie namawiać. Ale i nie awansować, nagradzać , dawać podwyżek.
Antoni był dodatkowo załamany najświeższym nieszczęściem , jakie dotknęło jego rodzinę. Półtoraroczny chłopczyk będący ich wielką radością – znalazł w sieni przygotowany do prania roztwór sody kaustycznej i wypił go.
Zmarł szybko w strasznych męczarniach , gdyż przełyk malutkiego dziecka – dosłownie przestał istnieć. Poczucie strasznej winy, że nie pomyśleli o lepszym zabezpieczeniu roztworu – potęgowało jeszcze ogromny ciężar bólu.
I w tym stanie współczujący sekretarz wytłumaczył Antoniemu, że społeczny robotniczy udział w dziele budowy socjalizmu – pomoże mu pokonać osobiste nieszczęście. Wszyscy kandydaci dostawali partyjne zadania do wykonania.
ZMP-owcem już raczej być nie mógł, więc postanowiono wysłać Antoniego na agitację. Przekonywać chłopów z lubelskich wsi do oddawania gospodarstw do PGR-ów , będących kopiami sowieckich kołchozów.
Antoni mimo, że całe życie był robotnikiem – nigdy nie miał przekonania do żadnych politycznych agitacji. Ale co było robić. Zapakowano cała grupę agitatorów na pakę wojskowej ciężarówki i i wywieziono do odległego miasteczka – gdzie zakwaterowano ich w hotelu. Stamtąd mieli przez kilka dni prowadzić agitację wśród chłopów okolicznych wsi. Już pierwszego dnia Antoni trafił do gospodarstwa, które miał pozyskać dla idei kolektywizmu.
Gospodarz nawet był grzeczny – Antoni także. Dziwne było tylko, że w dużym gospodarstwie było pusto. Nie było ani gospodyni ani dzieci.
Antoni nie krzyczał, nie straszył, tylko prosił chłopa by zgodził się na jego i PARTII propozycję.
Chłop rozdarł przed nim koszulę na piersiach jak Rejtan i zaczął mu robić wymówki – jak on Polak – może Polakowi proponować takie rzeczy.
By krwawicę pradziadów oddać na zniszczenie i zatracenie.
Chłop nawet zaczął płakać i łzy jak grochy padały mu na zgrzebną koszulę.
Antoni nie wytrzymał, miał za dobre serce.
I przyznał się chłopu, że robi to na polecenie – bo sam się boi, że straci pracę.
I, że jego samego to brzydzi- ale co robić – takie czasy.
Chłop otarł łzy i uściskał go jak brata – Polaka.
Antoni nie wiedział tylko, że jego pierwsze zadanie było przygotowane, a treść rozmowy została przekazana przez „chłopa-patriotę” do władz PPR-u.
Żona Antoniego czekała na powrót męża – gdy przybył milicjant i zawiadomił ją, że ma jechać do męża – bo przydarzył mu się wypadek.
Antoniowa bez zwłoki zostawiła dziecko ( jedyne jakie jej zostało) u sąsiadki i pojechała.
W hotelu , w którym mieszkał Antoni, pokazano jej makabryczny widok. Na łóżku leżał jej mąż Antoni . W ręku trzymał brzytwę, a szyję miał poderżniętą od ucha do ucha – prawie do kręgosłupa.
Antoniowa zemdlała.
Gdy ja ocucono – wytłumaczono jej, że mąż popełnił samobójstwo.
I tak Antoni zapłacił za swe dobre serce, naiwność i wiarę w ludzi – i za współpracę , trzeba przyznać – nie efektywną, z nową WŁADZĄ.
Władza i PARTIA nie tolerowała nie ideowych towarzyszy . Stanowili oni wrzód na jej ciele . I dlatego wg. zasady „kto nie z nami – ten przeciw nam” rozwiązano problem brzytwą.
Jak mawiał towarzysz Mandalian ( Andrzej – poeta , tłumacz z j. rosyjskiego agitator na garnuszku socrealizmu):

„Czujniej towarzysze
czujniej,
dotrzymamy epoce kroku
i pod skórą legitymacji
trzeba umieć wymacać wrogów”.

© M.Mozets
Mozets
Mozets
 
Posty: 31
Dołączył(a): Pn lip 30, 2007 8:02 pm


Powrót do Refleksje o Rozwadowie

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron